Już nie pamiętam

Już nie pamiętam

Już nie pamiętam coraz częściej.
Już coraz bliżej dzień, ten pierwszy.
Już nie czytałem tej powieści.
Już nie czytałem tamtych wierszy.

Kiedy znów będę czystą kartą.
Niezapisanym zwojem z Qumran.
Łukiem katedry, co tak bardzo
dziś wyniesiona nad Akwizgran.
Kiedy znów będę gliną miękką,
na której pismo ktoś odciśnie.
Kiedy znów będę, jak to dziecko,
choćby jedynie na umyśle.
Wtedy nie miejcie już mi za złe,
że nie odpowiem na pytania.
Chociaż nie sczezłem całkiem jeszcze,
zostały po mnie tylko zdania.

Już nie czytałem tej powieści.
Już nie czytałem tamtych wierszy.
Już nie pamiętam coraz częściej.
Już coraz bliżej dzień, ten pierwszy.

Bydgoszcz, 9 grudnia 2018 r.,

© Wojciech Majkowski

PióroMilton Ha

Reklamy

Nie ma przypadków

Nie ma przypadków

Dziwnie się czuję, to nie żarty,
zawsze, gdy sobie uświadomię,
że mam imiona, niech to czarty,
co opisują dychotomię.

A na dodatek, nikt nie zgadnie,
że opisują losy kraju
i prezydentów, tak dokładnie,
że aż się boję, czym na haju.

Na pierwsze Wojciech, rzecz wiadoma.
Pierwszy prezydent, mało chlubny.
Mnie sobą wcale nie przekonał,
ale był pierwszy, jakby próbny.

Na drugie chrzestni Lech mi dali.
Tutaj mam problem zasadniczy,
bo Lech z żelaza był, nie stali,
lecz poważali go górnicy.

Był potem Aleksander, także.
Na szczęście to nie moja bajka.
Mam żonę Aleksandrę wszakże,
ale gdzie Krym, gdzie Adelajda.

Potem był Leszek, Sprawiedliwy.
I nie napiszę już nic więcej.
W smoleńskim lesie tuman siwy
tłumi płacz po nim, gdy się niesie.

Potem nastąpił mistrz Bronisław,
co w piśmie miewał fest potknięcia.
Mnie pasowałby tu Bolisław,
dla dychotomii rozwinięcia.

Na bierzmowaniu, sam wybrałem,
że Andrzej będę miał na trzecie.
Całkiem niedawno zrozumiałem,
że ten kolejny ma tak przecież.

Następny, prawem owej serii,
powinien znowu zasiąść Lechu.
Lecz kto zapewni, że w loterii,
nie padnie Andrzej? „Sza, Wojciechu!”

Nie ma przypadków ani serii.
Nic nie jest takie jak się zdaje.
Wybierać trzeba, a tym biernym
łzy krokodyle pozostają.

Zaś dychotomia, dobry Panie,
to nasza cecha narodowa.
Pół Polski płacze po kampanii,
gdy druga cieszy się połowa.

Może się skończy kiedyś seria,
mam przecież tylko trzy imiona.
Przemija nawet dyzenteria,
zwłaszcza, gdy dobrze jest leczona.

Bydgoszcz, 8 grudnia 2018 r.,

© Wojciech Majkowski

Pióro

 

Milton Ha

We śnie

We śnie

Choć ciągle obco mi się śnisz.
Choć mgła przysłania wszystko.
To przyśnij mi się także dziś.
Daleka, bądź mi bliską.

Zanurzę się w tej w nocy cień.
W jej mrok, co dławi szyję.
I znów zachwycę Tobą się.
Nie żyjąc, znów ożyjesz.

A Pan, co zabrał Ciebie gdzieś,
gdzie wzrok nie sięga wcale,
nic nie poradzi słysząc pieśń,
co martwe wzrusza fale.

Tak zbudzę Cię, na przekór snom,
choć śpisz tym snem na wieki,
a Pan, zdumiony mocą tą,
uchyli Twe powieki.

I wstaniesz. Znów powitasz dzień.
I łąki urodzajne.
Leszczyny znów nas skryje cień.
I będzie tak zwyczajnie.

We śnie Ty śmiejesz się na wieść,
że w szranki z Bogiem staję.
„Wszak ja się tobie tylko śnię,
a wszystko ci się zdaje”

A ja kolejnej nocy chcę.
Niech przyjdzie, byle szybko.
Nieważne, że to tylko sen.
Że świt oddali wszystko.

Nadchodzi mrok, kolejna noc.
I Ty we śnie znów będziesz.
Na głowę, więc naciągam koc,
te drzwi, którymi wejdziesz.

Bydgoszcz, 7 grudnia 2018 r.,

© Wojciech Majkowski

PióroMilton Ha

Rozmowa z mistrzem o pływaniu

” Płynie się zawsze do źródeł, pod prąd, z prądem płyną śmiecie.”

Zbigniew Herbert, z wywiadu: Płynie się zawsze do źródeł… (Wywiad ze Zbigniewem Herbertem przeprowadzany przez Adama Michnika w Krytyce)
Pierwodruk: „Krytyka” 1981, nr 8.

Rozmowa z mistrzem o pływaniu

Zbigniewowi Herbertowi

Śpij dobrze mistrzu, przecież Twój czas
już minął. Dziś nad Twoim grobem
powoli wzrasta brzozowy las.
Słyszysz? Prowadzę dziś rozmowę,
a gwiazdy mówią do mnie cicho,
choć ich przesłanie budzi trwogę,
odwieczny lęk. Nie, nie śpi licho.
Już szczerzy zęby, myli drogę.

Mówiłeś zawsze, by iść pod prąd,
bo z prądem to „jedynie śmiecie”.
Płyną więc z prądem. I wciąż i wciąż.
Bez ideałów, odpowiedzi,
bezrefleksyjnie, a pogoń żądz
jak nurt tych słabych pcha i pędzi,
a kto próbuje płynąć pod prąd
gnie w topieli wszej gawiedzi.

Skoro mówiłeś, że jest warto
„Żyć dla wartości. Żyć i umierać”,
nawet gdy gra się zgraną kartą,
siądę przy stole. Do pokera.
Postawię swe wygodne życie
va banque, na nasze ideały
święte. Na honor i Ojczyznę.
Na Boga w krzyżu, u powały.

Chcieli nas stłamsić, odczłowieczyć,
wyrwać z korzeni ojców, matek.
Zsowietyzować, by zaprzeczyć
porządek świata. Na dodatek
chcieli nas zrównać i ociosać
na obraz, podobieństwo siebie,
ale ulegli. Biała postać
klękła całując tu „Tę ziemię”.

Nowy porządek dziś się marzy
nowym sowietom. Płyną z prądem
śmieci i głos podnoszą wraży,
że Bóg im wadzi. Na początek.
Ojczyzna też im plany psuje,
więc nowy Ordnung jest potrzebny
dla Europy. Już pulsuje,
już drży, oddycha byt niepewny.

A mnie, jak Tobie, nie pasuje,
by z prądem płynąć, więc zawracam
i chociaż siły mi brakuje,
ja prę pod prąd. Na przekór. Wracam.
Do tych korzeni, ideałów.
Do słów, co w wierszach zapisane.
Do wschodu słońca, co pomału
rozjaśnia mroki co dzień ranem.

Bo jak mówiłeś, z tym Narodem,
„jakoś lżej żyje się, oddycha”.
Nieważne, że zaprząta głowę
bagaż historii, durnych wypraw,
wojen przegranych, lat niewoli,
okrutnych zbrodni, wynaturzeń.
Jedynie „prawda nas wyzwoli”.
I Bóg, co może jest na górze.

Bydgoszcz, 5 grudnia 2018 r.,

© Wojciech Majkowski

Pióro

 

Milton Ha

Pan Miłosierdziem przepełniony

Z cyklu: Raj utracony

Pan Miłosierdziem przepełniony

Ewie Różyckiej (15.02.1959 – 01.12.2018), RiP.

Życie, kruchością zaskakujesz
i na nic plany, na nic wszystko.
Zaledwie w sobie rozsmakujesz,
a już cię nie ma. Nagleś wyschło.

Już nie da się dogonić jutra.
I już nieważne wszystko potem.
Porozbijane czasu lustra
w tych pustych ścianach brzmią łoskotem.

I tylko żal i rozpacz rządzi.
Siadła przy stole wraz z rodziną
i szklanym wzrokiem wkoło błądzi,
a łzy zupełnie same płyną.

Jeszcze bezgłośnie ktoś się pyta:
„Dlaczego ona? Czemu teraz?”
Odpowiedź w mroku jest zawita,
a zna ją Bóg. To on wybiera.

Nieznane są wyroki Pana
i ścieżki, które nam wskazuje.
Gdzieś czeka Ziemia nam nieznana
Gdzieś inne słońce czas swój snuje.

Choć zgaśnie jedno, inne będzie.
Znów nas ogrzeje, tak spragnionych,
a miłość w nieśmiertelnym pędzie
porwie nas cudnie odrodzonych.

Tak, jak co roku, wiosna wróci.
Wiatr zakołysze świeże trawy.
I nasza karta się odwróci,
gdy powrócimy. Pan łaskawy.

A jeśli przyjedzie nam poczekać,
choćby miliony lat, z okładem,
to warto będzie tak odwlekać,
by nowym się zaznaczyć śladem.

Niech płacze, komu ulgę sprawi.
Niech Pan pocieszy, nas, strapionych.
Wszak przyobiecał, że nas zbawi.
Pan Miłosierdziem przepełniony.

Bydgoszcz, 2 grudnia 2018 r.,

© Wojciech Majkowski

PióroMilton Ha

Z Bydgoszczy do Sandomierza

Z Bydgoszczy do Sandomierza

Z dedykacją dla p. Sławomira Kukuły, sandomierskiego kolekcjonera wierszy.

Nigdy nie byłem w Sandomierzu.
I pewnie nigdy już nie będę.
I choćbym chciał, i nawet wierzył,
prędzej dostanę reprymendę,
że me zamiary całkiem na nic,
a cel to dla mnie niedosiężny.
„Już nie przekroczysz pewnych granic”
szepcze mi w ucho Wszechpotężny.

Panie, Ty możesz, jeśli zechcesz,
z byle Łazarza wznieść herosa.
Ty wniwecz świat obrócić możesz,
by odbudować go w niebiosach.
Więc jeśli będzie Twoją wolą
przydać mi siły, choćby trochę,
do Sandomierza, letnią porą,
wybiorę się odpocząć trochę.

Na Rynku, obok studni siądę.
Zapatrzę się na kamienice.
Katedrą, co tak wrosła w skałę,
odbitą w Wiśle się zachwycę.
A jeśli jeszcze znajdę chwilę
siądę ze Sławkiem, gdzieś na patio.
I pogadamy, jak się żyje,
ostatnie chwile słońca łapiąc.

O tym, co słychać w Sandomierzu.
O ramie w Opatowskiej Bramie.
Że warto czasem też uwierzyć,
iż żadna siła nas nie złamie.
Że może Pan nas nie zawoła
na połoniny, na niebieskie,
nim obejdziemy dookoła
ten piękny rynek sandomierski.

Tak piszę ja, do Ciebie, Sławku,
ten list, choć wierszem ułożony.
Spisuję na niewielkim skrawku.
Wyjdzie mi jedna i pół strony.
Do swej kolekcji weź, gdy zechcesz.
Nie chowaj jednak do szuflady,
bo nie wiem, czy napiszę jeszcze.
Jak się ułożą z Bogiem sprawy.

Nie wiem, co Pan nam przygotował.
Czy ścieżki nasze się spotkają.
Nie wiem, gdzie wiedzie moja droga
i co zastanę na jej kraju.
Wiem jednak, że jest takie miejsce,
gdzie każdy z nas przez życie zmierza.
Dojdziemy tam, jeżeli zechce.
Z Bydgoszczy oraz z Sandomierza.

Bydgoszcz, 30 listopada 2018 r.,

© Wojciech Majkowski

Dedykacja:

Niniejszy utwór dedykuję panu Sławomirowi Kukule, znanemu w środowisku kolekcjonerowi utworów literackich. Oznacza to, że pan Sławomir Kukuła może tym utworem dowolnie suponować według własnego uznania publikując go na użytek własny i publiczny w dowolnych mediach i środkach przekazu, z przywołaniem mojego autorstwa, oczywiście.

Pióro

 

Milton Ha

Na krawędziach górskich grani

Na krawędziach górskich grani

Na krawędziach górskich grani
chmury siwe włosy czeszą,
a mnie niesie nad Tatrami.
Z halnym wiatrem płynę pieśnią.

ref. 2x
Góry moje, wierne,
postrzępione wiatrem.
Pieśnią was ukoję,
gdy rozpalę watrę.

W nocnych licach Stawów Czarnych
księżyc puszcza oko do mnie.
Śmieje się z mych marzeń durnych
wymazuje resztki wspomnień.

ref. 2x
Góry moje, wierne,
postrzępione wiatrem.
Pieśnią was ukoję,
gdy rozpalę watrę.

Świt na Rysach. Od Cubryny
mgła się kładzie pod stopami.
Szukam nadchodzącej zimy.
Wiatr jesienny ciepłem mami.

ref. 2x
Góry moje, wierne,
postrzępione wiatrem.
Pieśnią was ukoję,
gdy rozpalę watrę.

Kiedyś wrócę. Włosy siwe
inny halny mi rozwieje.
Chociaż kresu będę bliżej,
może znajdę tu nadzieję.

ref. 2x
Góry moje, wierne,
postrzępione wiatrem.
Pieśnią mnie ukoją,
gdy rozpalę watrę.

Bydgoszcz, 22 listopada 2018 r.,

© Wojciech Majkowski

PióroMilton Ha