Rower

 

Rower

Rower „Original Tornado”, czyli opowieść o ludziach i miejscach oraz o tym, jak pewien rower zaważył na ich losach.

 

Fabryka rowerów Tornedo w Bydgoszczy Ul. Świętej Trójcy

 

Spisane ponownie 18 stycznia 2017 r., w Bydgoszczy…

…………………………………………………………………………………………………………………………………………

(Pobierz by przeczytać – pdf: Rower )

…………………………………………………………………………………………………………………………………………

Ta opowieść jest o ludziach i miejscach oraz o tym, jak pewien rower zaważył na ich losach, oraz o tym, że nigdy nie wiemy kto i dlaczego kieruje nasze kroki tak, zdawałoby się, pokrętnymi ścieżkami, a jednak wiodącymi ku poznaniu czegoś pięknego, zadziwiającego i niezwykłego. Opowieść prawdziwa. Prawie.

W 1930 r., w Kruszewie…

Zofia i Stanisław, piękni i młodzi, pobrali się 8 października 1930 roku w Goworowie, na Mazowszu i zamieszkali w rodzinnym Kruszewie, wsi odległej od Goworowa o niecałe sześć kilometrów.

Stanisław, rolnik, urodzony i wychowany w Kruszewie, na ojcowiźnie, którą jego przodkowie uprawiali od wieków, od czasów, kiedy jeszcze jako drobna szlachta herbu Kościesza wywodząca się od Macieja Majki i jego przodków mieszkających w miejscowości Majki-Tykiewki, na ziemi różańskiej, mieli w swym posiadaniu kilkaset hektarów ziemi, lasów oraz młyny, wiatraki czy gorzelnię. Zofia z Dobków, córka rolnika z Kruszewa, również mogłaby wywieść swoje pochodzenie od drobnej szlachty, z tych samych ziem. Jednak kiedy się pobierali, w 1930 roku, mało kto pamiętał czasy świetności obu rodzin. Jedyne co pamiętali, to fakt, że po powstaniu listopadowym z 1831 roku, majątek ich przodków skonfiskował w całości carski Namiestnik Królestwa, Iwan Paskiewicz. Wszystko to za udział w powstaniu listopadowym Baltazara i Adama Majkowskich, synów Kacpra i Katarzyny. Cała pozostała historia rodziny zaginęła w mrokach dziejów i zakamarkach pamięci bliższej i dalszej rodziny, a rzeczywistość była taka, że jedyne co wtedy mieli, to siebie i kilka hektarów ziemi, po części z ojcowizny Stanisława, po części wniesionej we wianie przez Zofię.

W 1930 r., w Fordonie k. Bydgoszczy i samej Bydgoszczy…

W tym samym czasie, w Fordonie, polsko-niemiecko-żydowskim miasteczku koło Bydgoszczy, żyli obok siebie Polacy, Niemcy i Żydzi, choć tych ostatnich niewielu już zostało po tym, jak w 1923 r. zaczęli tłumnie opuszczać to miejsce. Sam Fordon leżał wtedy na krańcach ówczesnej Rzeczypospolitej, przy granicy z Niemcami. Mieszkało tu niewiele ponad tysiąc mieszkańców, a ich głównym zajęciem była praca w pobliskiej cegielni, porcie rzecznym oraz handel. Przy Rynku, w trochę dziwnym miejscu jak dla tej instytucji, stał wielki budynek więzienia. Wybudowane pod koniec XVIII wieku jako magazyn, później komora celna, w 1853 roku został przekształcony w więzienie dla kobiet, filię niemieckiego zakładu karnego w Koronowie. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości więzienie przejęła Rzeczpospolita nie zmieniając jednak jego przeznaczenia. Dalej obiekt pełnił rolę zakładu karnego dla kobiet

W 1933 r., w Kruszewie…

Stanisław, choć majątku wielkiego nie miał, to jednak w 1933 roku postawił dom. Drewniany, z bali kwadratowych, obity drewnianą oblicówką i kryty blachą. Ocynkowaną. Wszystko dlatego, że dach miał być na kilkadziesiąt lat, a cynkowanie było wtedy najlepszą metodą na zabezpieczenie przed korozją. Rok wcześniej, specjalnie dla Zofii, Stanisław kupił w Warszawie, nowiuteńki rower o oryginalnej nazwie „Original Tornado”. Piękny, granatowo-biały, prosto z fabryki „Tornado” w Bydgoszczy. Rower więc był i stał sobie w szopie. Stał po to, by był na podorędziu. Zofia, bowiem, często wyruszała nim na zakupy do Goworowa, żeby specjalnie koni nie zaprzęgać. Ostatnio nie jeździła, bo była w połogu po ciężkiej ciąży i urodzeniu drugiego dziecka, Antosia.

W 1933 r., w Fordonie k. Bydgoszczy i samej Bydgoszczy…

W niezbyt odległej od Fordonu, Bydgoszczy, cztery bydgoskie fabryki rowerów i części rowerowych „Tornado”, zalążek późniejszych Zakładów Rowerowych znanych jako ROMET, wyprodukowały nowy model roweru o nazwie, jakże by  inaczej, „Original Tornado”. Produkcja rowerów trwała już od kilku lat, ale, że zbyt jednośladów rozwijał się imponując, zakłady „Tornado” otwierały kolejne montownie rowerów, w tym jedną z nich, w Fordonie koło Bydgoszczy.

W 1939 r., w Kruszewie…

We wrześniu, 1939 roku, jak wszędzie, tak i do nich przyszła wojna. Z wojną front, żołnierze, zamęt, gwałty i przemoc. Zawierucha. Front przewalił się tak samo szybko, jak przyszedł, pozostawiając za sobą zniszczone zabudowania, pustki w stodole i komorze, głód. Stanisław i Zofia nie poddali się jednak. W domu była już szóstka dzieci, Basia, Antoś, Mikołaj, Janek, Jureczek i dopiero co urodzony Józik. W polu pracy co niemiara, a choć w sercu niepokój, co będzie dalej, trwali na swoim.

W 1939 r., w Fordonie k. Bydgoszczy i w samej Bydgoszczy…

Po wydarzeniach Krwawej Niedzieli z 3 na 4 września 1939 roku, i zajęciu, w dniu 5 września, Bydgoszczy, Niemcy ze zdwojoną siłą rozpoczęli zaplanowana akcję odwetową, mającą na celu eksterminację ludności polskiej w Bydgoszczy i okolicach. W tym celu, w więzieniu w Fordonie, które nie ucierpiało we wrześniowych niemieckich nalotach, zakwaterowano specjalne oddziały Arbeitsdienstu, przygotowujące tereny położonej nieopodal Doliny Śmierci pod egzekucje tysięcy Polaków. Zaplanowane morderstwo dokonało się. Zaraz po tym, już w styczniu 1940 r., w budynku więzienia w Fordonie utworzono niemieckie ciężkie więzienie dla kobiet. Napływające z całego kraju transporty więźniarek, po odbyciu kary w fordońskim więzieniu wywożono do obozów koncentracyjnych w Auschwitz i Ravensbruck. Do stycznia 1945 roku przewinęło się przez więzienne mury 6300 kobiet, w tym kilkadziesiąt działaczek podziemia konspiracyjnego. Więzienie fordońskie należało do najcięższych zakładów karnych dla kobiet w okręgu Rzeszy Gdańsk-Prusy Zachodnie. Osadzano w nim wyłącznie Polki i Żydówki na mocy wyroków niemieckich sądów cywilnych za przestępstwa pospolite, a zwłaszcza wszelkie przejawy działalności antyniemieckiej.

W 1942 r. i później, w Kruszewie, Goworowie, Warszawie…

Wczesnym latem 1942 roku Zofia wsiadła na „Original Tornado”, aby się udać z rąbanką do okupowanej Warszawy, przez Goworowo, a dalej przygodnym transportem do Tłuszcza, skąd koleją na warszawski Dworzec Wileński. Stąd było już tylko kilka kroków na praski bazar. Warszawa głodowała, a ludzie z okolicznych, mazowieckich wsi pomagali warszawiakom przetrwać, dostarczając im produkty, których na co dzień, na wolnym rynku, nie można było kupić. Nie była to pomoc bezinteresowna, ot zwykły handel. Jednak działalność taka była zabroniona i ścigana przez Gestapo i żandarmów. Jadąc z rąbanką do Warszawy, Zofia nie wiedziała, że złapie ją Gestapo. Nie wiedziała też Zofia, że znajdą ukryte pod ubraniem szynki i wyroby, i nie wiedziała, że za tę rąbankę, ciupasem odstawią ją przed sąd. Sąd, który nie bacząc, że Zofia jest matką, podówczas, siedmiorga dzieci w tym kilkumiesięcznej Oli, skaże ją na pięć lat więzienia z zamianą na 3 lata więzienia i ciężkich robót u niemieckiego bauera. Nie przyznała się i dostała pięć lat ciężkiego więzienia. Nie wiedziała Zofia, że kiedy jechała na rowerze „Original Tornado” wyprodukowanym w Bydgoszczy, a może i w samym Fordonie k. Bydgoszczy, zakończy swą podróż tam, gdzie ten rower swą podróż rozpoczął, nim trafił do szopy, w Kruszewie. W niemieckim, ciężkim więzieniu dla kobiet w Fordonie k. Bydgoszczy. Tak oto zamienili się miejscami, Zofia z rowerem „Original Tornado”. Ona, tu w Fordonie z wyrokiem 5 lat więzienia za działalność polityczną, choć to tylko zwykła rąbanka była.

– Szczęście od Boga, że nie wiedzieli nic o tym Żydku, co go ukrywałam w piecu chlebowym – pomyślała Zofia. Jak nic daliby wyrok śmierci na mnie i na całą rodzinę.

Tak zamyślona, wspominała ten czas, kiedy Szmul, czy jak mu tam było, jedyny Żyd z Kruszewa, wżeniony w polską rodzinę, osiadł na roli, i tylko czasami dorabiając sobie szyciem, przyszedł do nich, kiedy robili kolejną łapankę we wsi, bo ktoś doniósł, że jakiś Żyd tam mieszka. Ukryła wtedy Szmula, czy jak mu tam było, w piecu chlebowym. Chłopina był mizerny, chudy i niewysoki, to się zmieścił. Udało się. Chociaż wszystkie domy przeszukali, nikogo nie znaleźli, i sobie poszli. Z rozrzewnieniem wspominała całą tą sytuację…

Kiedy już było po wszystkim, Szmul, wylazł z pieca chlebowego i usiadł przy stole, gdzie Zofia postawiła mu talerz zupy. Ot, zwykłej kartoflanki, ale w czasie wojny, kartoflanka okraszona skwarkami to był i tak specjał nad specjały. Szmul zjadł i widać było, że był głodny, bo talerz wytarł do sucha jedyną kromką chleba, jakby specjalnie zostawiając ją sobie na koniec. Chleb bowiem był pachnący, świeży i dopiero co, wczoraj upieczony w tym samym piecu, gdzie on dzisiaj znalazł swoje bezpieczne schronienie.

Zofia wzdrygnęła się i jeszcze bardziej żal ścisnął jej serce, kiedy uświadomiła sobie, że o chlebie może teraz tylko pomarzyć, a jedyną zupę, jaką rozdawali w więzieniu trudno było nazwać zupą. Ot, zwykły wywar z brukwi i kilku kartofli na jeden dwudziestolitrowy gar. Wróciła do wspomnień…

Kiedy Szmul już się najadł, a niebezpieczeństwo minęło, bo Niemcy wyjechali ze wsi, zaczął się zbierać do siebie. Jednak zanim wyszedł, poprosił o papier i ołówek. Kiedy dostał co chciał, westchnął tylko, popatrzył przez okno w kuchni na podwórze, gdzie Stanisław właśnie zaprzęgał, by jechać do rzeki po wodę, podrapał się po głowie i jakby przypominając sobie, co tam chciał napisać, wziął ołówek i zaczął pisać. Kiedy skończył, wręczył kartkę Zosi mówiąc:

– Ja Zosi wszystko pamiętam. Ja Zosi wszystko odpłacę. Ja tu Zosi zapisałem adres w Warszawie, co tam mój kuzyn mieszka. On jest mi winien trochę pieniędzy, ale ja jego pieniędzy nie chcę. Ja tylko mu napisałem, że jak się Zosia do niego zgłosi po pomoc, to niech pomoże, jeśli będzie mógł. A on będzie mógł. On bogaty człowiek.

– A ty co? Całkiem zgłupiałeś człowieku? Idź do domu, bo żona czeka i się martwi.

– Ona się już nie martwi. Ona już wie, że Szmul musi od niej uciekać, bo jak nie, to jej spokoju nie dadzą. Ona Polka, to nic jej nie zrobią, a Szmul? Żyd i tyle, to i wiadomo, co będzie. To i odejdę.

– A na co mi ten twój list? Nawet nie wiem, co tu jest napisane.

– Co jest napisane, to jest. Kuzyn będzie wiedział, a Zosia będzie zaopiekowana, jakby co.

– Jakby co?

– No różnie to może być. Może, da Jahwe, że jakoś wojnę przeżyjemy. Może trzeba będzie zaczynać od nowa, może jakaś pomoc będzie potrzebna? On pomoże.

– Pomoże, nie pomoże. Nie wiadomo, czy sam jeszcze żyje? – burknęła Zosia, bardziej do siebie niż do Szmula, gdyż ten, wykorzystując jej zakłopotanie, wyszedł bez pożegnania i poszedł na ukos, przez pola, prosto do domu.

Zosia schowała list od Szmula do środkowej szuflady kredensu, pod papier wyściełający dno, Wojna jakoś nie miała się ku końcowi, a i sprawy Żydów miały się jak najgorzej, bo w warszawskim getcie trwała właśnie wielka akcja wysiedleńcza i wszystkim stało się oczywiste, że Żydów wywożą na śmierć. Tylko niektórzy z Żydów nie mogli uwierzyć, że oto taki los im zgotowano. Zosia była pewna, że osoba, do której ten list był adresowany albo już dawno uciekła z kraju, albo nie żyje. Przypadków takich, jak Szmul, który się uchował, bo mieszkał z dala od wszystkich, na zapadłej mazowieckiej wsi, albo takich, co to się ukryli gdzieś u życzliwych osób, było mało.  Kilka dni po tym, jak Szmul „zaszczycił” piec chlebowy Zofii swoją osoba, zebrał się i wyjechał, nie wiadomo dokąd. Zosia przeszła nad tym do porządku dziennego, bo przecież zrobił, jak zapowiadał. Jedynie któregoś dnia, wyjęła list z szuflady, jeszcze raz na niego spojrzała i jedyne co zrozumiała, to tyle, że list był adresowany niejakiego Romana Silbersteina w Warszawie, tu padał dokładny adres. Zosia westchnęła, bo dobrze wiedziała, że adres już dawno nieaktualny, odłożyła list na miejsce i całkiem o nim zapomniała.

Tak sobie Zofia myślała o swoim losie, jadąc transportem do więzienia, gdzieś w Rzeszy. Rower „Original Tornado”, stał samotnie  u znajomych ludzi przy stacji kolejowej w Goworowie, gdzie go zostawiła Zofia w swojej podróży do Warszawy. Stanisław szukał Zofii, gdzie mógł. Na stacji znalazł jedynie rower. Położył rower na wóz i wrócił do domu. Nie wiedziały dzieci Zofii, gdzie się podziała ich matka, nie wiedział też Stanisław.

– Wojna panie! Może zginęła? – Zastanawiał się głośno, aż do czasu, kiedy z powiatu przyszło zawiadomienie o skazaniu i o tym, że Zofia w więzieniu siedzi.

Tyle, że nie napisali gdzie. Co było robić? Stanisław i dzieci czekali, a Niemcy tego samego lata poszli na Ruskich. Na pohybel. Stanisław z dziećmi musiał czekać na Zofię bardzo długo.

W 1942 r. i później, w Fordonie k. Bydgoszczy…

W roku 1942 r. Zofia siedziała w więzieniu w Fordonie. Czy miała jakiś widok z okna? Czy w ogóle ze swojego okna mogła coś zobaczyć?  Pewnie nie. Ale jeżeli miała, to mogła prosto z okna patrzeć w tę stronę, na północ. Widziała pewnie wtedy lekko tylko przysłonięty przez kraty w oknach, kościół p.w. Św. Mikołaja, konsekrowany raptem osiem lat wcześniej. W tym samym czasie, w domu w Kruszewie, umarł jej trzeci syn, kilkuletni Mikołaj.

Kiedy Zofia siedziała w więzieniu w Fordonie,  wszystkie więźniarki zmuszano do ciężkiej pracy. Praca trwała od 10 do 12 godzin dziennie, ale najczęściej od świtu do zmroku. Racje żywieniowe były niewystarczające, wręcz głodowe.

– Zosiu! Jak będziemy dzisiaj u bauera, trzeba znowu ukraść coś do jedzenia – powiedziała jedna z więźniarek.

– Jak będę przy pomidorach, to nazrywam – odpowiedziała Zosia

– Ja nabieram ziemniaków. Szkoda tylko, że nie pozwalają palić łętów, bo byśmy sobie upiekły – odparła tamta.

Jak zaplanowały tak zrobiły. Nabrały ile mogły ukryć pod ubraniem i szczęśliwie przemyciły do więzienia. Udało się.

– Kobiety, ucztujemy! – Zosia zwołała pozostałe kobiety z celi, częstując je zdobytymi pomidorami i surowymi ziemniakami.

Po chwili, po wielkiej uczcie nie został żaden ślad. Dopiero na drugi dzień przekonały się, że niedojrzałe pomidory i surowe ziemniaki to złe połączenie. Nie miały jednak wyboru, chciały przeżyć, nie chciały głodować. Zapłaciły za to wysoką gorączką, osłabieniem biegunką i wymiotami. I takie schorowane i słabe musiały następnego dnia ponownie iść do tej samej pracy, co wczoraj. Na litość ze strony niemieckich strażniczek nie miały co liczyć.

Zosia, choć dostała wyrok pięciu lat, nie była, tak jak inne więźniarki z takim wyrokiem zaliczana do grupy więźniarek niebezpiecznych. Może dlatego, że to był tylko wyrok za rąbankę. Te niebezpieczne, czyli skłonne do ucieczki i z wyrokiem powyżej 5 lat zatrudniano w warsztatach tkackich na terenie zakładu karnego, pozostałe pracowały poza murami więziennymi w pobliskich fabrykach, w zakładach produkujących na potrzeby wojska (np. w prochowni w Łęgnowie), a w okresie letnim, w majątkach ziemskich. W Fordonie niejednokrotnie widziano je jak zamiatały ulice i place czy zgarniały śnieg z chodników i szos. Zofia nie raz zamiatała plac przed kościołem Św. Mikołaja i choć ani na chwilę do kościoła wejść nie mogła, modliła się za rodzinę, męża, dzieci i maleńką, narodzoną kilka miesięcy wcześniej Olę. Modliła się też za kilkuletniego Mikołaja, nie wiedząc, że jej Mikołaj już nie żyje. Zofia, niezwykle religijna kobieta, codziennie dziękowała Bogu, że ktoś inny niż ona trafił do kolejnego transportu do Auschwitz i Ravensbruck, bo nawet tu, do więzienia, a bardziej do ludzi, z którymi pracowała u bauera, dochodziły wieści, że z takich transportów, nikt żywy nie wychodził. Dlatego siedziała, cierpliwie czekała i modliła się o cud, o uwolnienie, o powrót do rodziny.

W 1944/45 r., w Kruszewie…

Wyzwolenie przyszło do Kruszewa, jak wszędzie, od wschodu. Pierwszy raz przyszło latem 1944 roku. Pod koniec lipca, Stanisław ukrył co się dało w gospodarstwie i okolicach, a sam z dziećmi uciekł przed wyzwolicielami do lasu, bo znał ich jak zły szeląg. Już raz, po powstaniu listopadowym „ruscy” odebrali jego rodzinie cały majątek. Ruscy przyszli od Białegostoku. Przyszli, najedli się tym co znaleźli, ukradli co było pod ręką, a miało dla nich jakąkolwiek wartość, postrzelali do Niemców na drugiej stronie Narwi i okopali się. Nie na długo.

Kilka tygodni później Niemcy odbili tereny po wschodniej stronie Narwi. Do stycznia 1945 roku Niemcy i Rosjanie, jeszcze w sumie 4 razy zamieniali się miejscami. Skutki tego przewalania się wojsk wte i wewte były dla tych okolic, mieszkańców Kruszewa, również dla Stanisława i jego rodziny, opłakane. Po ostatecznym odejściu wojsk na zachód, Stanisław został z jedną krową i ukrytym w polu kopcem podgniłych ziemniaków. Za to z sześciorgiem dzieci i bez żony, Zofii, która dalej siedziała w niemieckim wiezieniu w Fordonie k. Bydgoszczy. Ukryte w lesie narzędzia i maszyny udało się odzyskać. Rower „Original Tornado” również wrócił na swoje miejsce. Do szopy, obok resztek stodoły. Stanisław nie miał pojęcia, że Zofia, tak jak ten rower z podbydgoskiego Fordonu, również powróci do Kruszewa. Zabrał się do pracy. Pole czekało na zasiew, dom i całe obejście czekało na odbudowę. Dzieci czekały na matkę…

W 1945 r., w Fordonie k. Bydgoszczy…

Zima 1944/45 była mroźna. Kiedy w styczniu 1945 roku, siedząc w więzieniu w Fordonie, usłyszała Zofia odległy huk artylerii dochodzący zza Wisły, wiedziała, że idzie wyzwolenie. Niemcy uciekali w popłochu. Do pracy do bauera ich już nie prowadzali od jesieni. Raz, że nie sezon, choć zeszłego roku chodzili o tej porze do młocki, a drugie to pewnie i bauera już nie było, bo zwiał dalej w głąb Rzeszy. Wiezienia pilnowały niedobitki strażników. Wolność przyszła mostem przez Wisłę. Zimowa ofensywa wojsk radzieckich i polskich, ruszyła 12 stycznia 1945 r. 26 stycznia, ponownie w czasie tej wojny, most fordoński wysadziły w powietrze cofające się oddziały wojsk niemieckich. Już kilka dni wcześniej ludność niemiecka uciekła z Fordonu, tylko niewielu z nich pozostało w mieście.

Kiedy 27 stycznia 1945 roku na rynku w Fordonie, przy trzaskającym jak dzisiaj mrozie, cieszyli się mieszkańcy i żołnierze, Zofia w kolumnie kilkuset więźniów, szła drogą przez Strzelce na Koronowo, gnana bagnetami więziennych strażników i żołnierzy. Niemcy do końca nie wierzyli, że Rosjanie przejdą Wisłę, jednak woleli zabrać więźniów do więzienia w Koronowie. Wielu zmarło po drodze nie dochodząc do celu wędrówki. Wielu uciekło wcześniej, korzystając z zamieszania. 29 stycznia 1945 roku, mając na karku ścigających ich Rosjan, Niemcy rozpierzchli się pod Koronowem pozostawiając zdziwionych więźniów samym sobie.

Zofia, jak wszyscy więźniowie, w więziennych łachmanach i w drewniakach stała na mrozie zdumiona. Pierwszą jej myślą było:

– Uciekać!

– Uciekać? Ale dokąd? Ale jak? Do domu, jak najprędzej, do dzieci, do Stanisława. Choćby i pieszo jej przyszło iść te 300 kilometrów. To pójdzie w ten mróz, w tą lutową zawieruchę.

Poszła. Z Koronowa, przez Bydgoszcz, choć już nie przez Fordon, a dalej przez Łęgnowo, w którym tyle lat ciężko harowała u bauera. Za niesprawiedliwą karę. Za miskę zupy oraz skradzione z pola pomidory i surowe ziemniaki. Szła i słabła, choć sił jej dodawała tęsknota za rodziną. Jeszcze jakimś przygodnym pociągiem towarowym przekroczyła Brdę przez jedyny ocalały most w Łęgnowie, ale gdy pociąg zatrzymał się i wysiadła, mróz i zmęczenie okazały się silniejsze. Przysiadła pod drzewem. Zasnęła. Na mrozie. Głodna i zmęczona.

– Halo! Pani się obudzi! Halo! – usłyszała Zofia.

– Co jest? Gdzie ja jestem!? – zapytała i rozejrzała się dookoła. W izbie, gdzie się ocknęła, było kilka nieznanych jej osób. Było jej ciepło, wygodnie. Poczuła się bezpiecznie. Przypomniała sobie. Więzienie w Fordonie. Drogę do i z Koronowa. Wszystko. Aż do momentu, kiedy wysiadła z tego pociągu. Dalej nie pamiętała już nic. Przezwyciężając senność zapytała:

– To Polska?

– Polska, pani, Polska! Niemcy przedwczoraj uciekli i zostawili cały majątek. Teraz my tu mieszkamy. Odpoczywaj kobieto, odpoczywaj. Myśleliśmy, że już żeś całkiem zamarzła na tym mrozie. Musiałaś tam leżeć ze trzy godziny.

– Gdzie ja jestem? – zapytała Zofia.

– Majątek w Langenau, właściwie to Łęgnowo, pod Bydgoszczą.

– Ja muszę wracać. Do dzieci. Do Kruszewa, do domu. – westchnęła Zofia.

– Spokojnie. Jak się wychorujesz i nabierzesz sił, to pójdziesz, gdzie cię nogi poniosą, a teraz leż. Masz, napij się gorącego mleka.

– Mleko! Boże! Nie miała go w ustach już od miesięcy. Ostatnio u bauera, jak ukradkiem wydoiły krowę na polu. Wypiła łapczywie i zmęczona opadła na łóżko. Za chwilę już spała. Zebrani domownicy cicho wynieśli się do przyległej kuchni.

Zofia wróciła do domu dwa miesiące po wyzwoleniu i dwa miesiące po tym, jak nieznajomi, ale życzliwi ludzie z majątku Langenau-Łęgnowo uratowali jej życie. Pod koniec marca 1945 roku, idąc głównie pieszo, trochę wozami konnymi, krótko pociągiem. Droga z Łęgnowa (Langenau) do domu, 300 kilometrów przez zniszczony i obrabowany kraj, zajęła jej równy miesiąc. Więzienie i przebyta choroba nie pozwoliły Zofii iść szybciej. Jednak, gdyby nie ci ludzie z Łęgnowa pod Bydgoszczą, Zofia nigdy by nie wróciła do swoich dzieci i do Stanisława. Syn Jurek, który miał raptem niewiele ponad 5 lat, kiedy ją zabierali, z początku nie poznał matki, jak wróciła i schował się za ojcem – Stanisławem, jakby do wioski przyszła Cyganka, co to niegrzeczne dzieci zabiera. Stanisław przyklęknął, pomodlił się i objął Zosię mocno. Najmocniej jak umiał.

13 maja 1947 r., w Kruszewie, Goworowie…

Dwa lata i dwa miesiące po tym, jak wróciła Zofia do domu, 13 maja 1947 roku, w niedzielę, wsiadła na cudem ocalony, jak ona, z pożogi wojennej rower „Original Tornado” i pojechała do kościoła w Goworowie. Sześć kilometrów tam, sześć kilometrów z powrotem. Przyrzekła wtedy, że za ocalenie swoje i swojej rodziny, pośle swoje najstarszego syna na księdza. I postanowienie to zrealizowała. Syn Antoni poszedł do seminarium.

………………………………………………………………………………………………

16 maja 1956, Kardynał Stefan Wyszyński, choć uwięziony przez komunistów od 25 września 1953 roku, przebywający w tym czasie w Komańczy, w areszcie domowym, czy jak mówiła wtedy władza, w miejscu odosobnienia, Kardynał Stefan Wyszyński napisał tekst ślubów narodowych, które miały być odnowieniem królewskich ślubów lwowskich Jana Kazimierza w ich trzechsetną rocznicę.

8 czerwca 1958 roku, ks. prałat Antoni Majkowski, ur. 27 stycznia 1933 r. przyjął święcenia kapłańskie w parafii Podwyższenia Krzyża Świętego, w Goworowie. Zaledwie rok wcześniej, uwolniony z więzienie Kardynał Stefan Wyszyński,  rozpoczął obchody Tysiąclecia Chrztu Polski, które zakończyły się w 1966 roku. Odradzał się kraj, ludzie, ich marzenia i to w co wierzyli.

………………………………………………………………………………………………….

Stanisław i Zofia wychowali wspólnie gromadkę dzieci: Basię, Antosia, Janka, Jureczka, Józia i Otylię, którą wszyscy od małego wołali Ola. Kiedy Zosia ze Stanisławem, wielkim wysiłkiem, kształcili wszystkie dzieci najlepiej jak ich było stać, kiedy, w połowie lat pięćdziesiątych, przyszedł czas, aby posłać do szkoły średniej najmłodsze dziecko, Olę, urodzoną zaledwie kilka miesięcy przed aresztowaniem w 1942 roku, Zofia postanowiła, że pośle je do szkoły w Warszawie. Jak postanowiła, tak zrobiła. Pod koniec sierpnia 1958, a może to był rok 1959, razem ze Stanisławem zawieźli Olę na pociąg do Goworowa, skąd już razem we dwie, pojechały do stolicy. Ola zamieszkała u rodziny i poszła do szkoły. Zosia zaś wróciła do Goworowa, skąd rowerem, który wcześniej zostawiła sobie u rodziny w szopce, wróciła do domu do Kruszewa. Kiedy jechała do domu, pokonując kolejne kilometry żwirowanej drogi na rowerze „Original Tornado”, tym samym, który od lat trzydziestych służył jej i całej rodzinie w czasach dobrych i złych, nie zastanawiała się wcale nad tym, jak bardzo jest on związany z jej losami i losami całej jej rodziny. Liczyło się tylko jedno – że był na chodzie. Ciągle na chodzie.

Zosia, zadowolona ze swojej misji, wróciła do domu i dopiero teraz przypomniała sobie, o liście do Silbersteina, który leżał od wojny w szufladzie. Otworzyła go ponownie, jakby chciała sprawdzić, czy jeszcze tam jest i czy w ogóle jest tam coś napisane. List był w takim stanie w jakim sporządził go Szmul. Zosia westchnęła, na wspomnienie tego wydarzenia i schowała list na miejsce. Wiedziała już, że nigdy z niego nie skorzysta. Szmul, jak uciekł ze wsi, już nigdy się nie pokazał. Ona pomocy od nikogo nie potrzebowała, to i do żadnego Silbersteina nie poszła. Córka Ola, w Warszawie, była już zabezpieczona i ona, Zosia, nie musiała już u nikogo obcego szukać pomocy. Jednak i tutaj los, a może przypadek, jeszcze raz doszedł do głosu.

Sierpień 1963 r., w Kruszewie, Goworowie, Warszawie…

Ola, najmłodsza córka, Zofii i Stanisława, od czasu kiedy pojechała do Warszawy na nauki, tak się tu zadomowiła, że ani myślała wracać do rodzinnego Kruszewa. Życie stolicy, wielkiego i ciągle rozbudowującego się i odbudowującego się miasta, wciągnęło ją bez reszty. W końcu znalazła tu miłość swojego życia i w sierpniu 1963 roku poślubiła swojego wybranego Jureczka, i jak później mówiła, duże znaczenie miało dla niej również to, że nosił on imię jej ulubionego z braci. Ola nic nie wiedziała o liście Szmula ani tym bardziej o tym, że jakiś Silberstein, Żyd z Warszawy, miał ten list od jej matki kiedykolwiek otrzymać. Kiedy Szmul pisał swój list, nie było jej jeszcze na świecie. Jakim więc zrządzeniem losu musiał być fakt, że podczas swojej edukacji w Warszawie, Ola zaprzyjaźniła się z dziewczyną o kruczoczarnych włosach, Niną. Kiedy dwa lata później, Oli i Jurkowi, urodziła się córeczka, poprosili Ninę, by ta została jej matką chrzestną. Nina nie odmówiła, choć była Żydówką. Od czasu, kiedy podczas wojny, jej rodzice, dla ratowania córki, ochrzcili ją i wychowali w wierze katolickiej, nawet jej przez głowę nie przeszło, żeby odmówić. Szczególnie swojej najlepszej przyjaciółce, Oli. Jej chrześnica wyrosła na piękną, mądrą kobietę, o kruczoczarnych włosach. Zupełnie jakby to Nina była jej matką, a przecież było zupełnie inaczej.

Rodzice Niny nosili nazwisko Silberstein. Do dzisiaj, ani Ola, ani jej córka, nie wiedzą nic o istnieniu listu Szmula. Może więc tego listu nigdy nie było? Może to wszystko były jedynie zmyślone opowieści Zofii, które chłonąłem jak gąbka, kiedy mi je opowiadała na ganku w Kruszewie. Ja jednak wierzę, że jakieś ziarno prawdy w tym wszystkim jest. Jedno wiem na sto procent. Rower „Original Tornado” istniał naprawdę. Odkąd pamiętam, stał w szopie lub oparty o ścianę domu w Kruszewie, a ja nie mogłem się doczekać, żeby nauczyć się na nim jeździć.

13 maja 1967 r., w Kruszewie, Goworowie…

Miałem wtedy dokładnie siedem lat. No dobra, i jeden dzień więcej, bo mamie zabrakło czterech godzin by mnie urodzić dokładnie 13 maja. We wrześniu miałem pójść do pierwszej klasy. Tymczasem siedzieliśmy z rodzicami w Kruszewie. Z okazji imienin Zofii. W dwudziestą rocznicę swojej pierwszej, dziękczynnej wyprawy do kościoła w Goworowie oraz w rocznicę złożonego przyrzeczenia, Zofia ponownie pojechała do kościoła. Z całą rodziną, już nie rowerem, choć rower „Original Tornado”, jak wierny towarzysz, stał nadal w tej samej szopie, obok stodoły. W tym dniu, Zofia, w sposób szczególny jeszcze raz podziękowała Opatrzności Bożej, za swoje cudowne ocalenie, za ocalenie rodziny oraz za to, że udało jej się dotrzymać danego Bogu słowa. Jednak nie tylko to było powodem jej wizyty w kościele. W tym dniu, w podziękowaniu za odzyskaną wolność kościoła w Polsce oraz za całe dobro jakim Zofia i jej rodzina została obdarowana, oddała Zofia siebie i całą swoją rodzinę w, jak to napisała na odwrocie pamiątki tego wydarzenia, „w macierzyńską niewolę Maryi za wolność Kościoła”.

Taka była Zofia i takie było jej rozumienie świata. To wtedy chciała  żebym i ja został księdzem i rozgłaszała to wszem i wobec. Ja wtedy wolałem jeździć na jej rowerze „Original Tornado”. Tym bardziej, że dopiero co się nauczyłem tej trudnej sztuki. Na „dorosłym” rowerze. Byłem z siebie bardzo dumny. Wtedy też, w Kruszewie, pierwszy raz opowiedziała mi tę historię o swoim pobycie w więzieniu w Fordonie k. Bydgoszczy.

10 maja 1980 r., w Łodzi…

Drugi raz opowiedziała mi tę historię w 10 maja 1980 roku. Miała wtedy 75 lat i jak na swój wiek była nadal w dobrej formie. Rower staruszek, produkcji bydgoskich firm, stał sobie w szopie, a Zofia, obchodziła swoje imieniny w Łodzi, na przyjęciu komunijnym jednego ze swoich 12 wnuków, mojego brata Macieja. Gdyby ją wtedy zapytać o ten rower, powiedziałaby, że dalej jeździ na tym samym, starym „Tornado”. Tym z Bydgoszczy. Jeszcze sprzed wojny. W wieku 75 lat. Do Goworowa. Do kościoła i do sklepu. 6 km tam i 6 km z powrotem. Pozazdrościć.

Kiedy w 1989 roku, w Kruszewie, Stanisław oddawał , za emeryturę, swoje gospodarstwo jednemu z sześciorga dzieci, które miał z Zofią, w tym samym czasie ja z żoną i pierwszym synem podejmowaliśmy równie ważną decyzję. Decyzję o poszukaniu sobie zupełnie nowego miejsca dla siebie i naszej rodziny.  Stanisław był już wtedy schorowany, ale Zofia nadzwyczaj dobrze się trzymała i sprawnie zarządzała całym ich majątkiem. Nie było jej to specjalnie w smak, iść na łaskę do syna, ale wiedziała, że syn jej krzywdy nie zrobi, a jakby co to inny syn, ksiądz kanonik, w tym czasie z Sierpca, weźmie ich wszystkich i poustawia jak trzeba. Stanisław skończył właśnie 88 lat. Czy ktoś z nas dzisiaj myśli o emeryturze dopiero w wieku 88 lat?

23 lutego 1994 r., w Kruszewie, Goworowie…

Stanisław umarł w domu, w Kruszewie i został pochowany w Goworowie. Rower staruszek „Original Tornado” , prawie jego równolatek, ale jeszcze na chodzie, stał sobie dalej w szopie z prawej strony stodoły. Wiem, bo sam to sprawdziłem. Wtedy właśnie Zofia poprosiła mnie o przysługę mówiąc:

– Pamiętasz, jak opowiadałam ci o Fordonie, więzieniu, o wojnie i całej tej mojej tułaczce?

– Oczywiście, że pamiętam – odparłem

– Posłuchaj. Chodzi o to, żebyś ty tam się rozejrzał, poszukał, gdzie to Ilgenau, Langenau, czy jakoś tak było. Żebyś tych ludzi poszukał. Może ktoś jeszcze żyje albo ich jakieś dzieci czy wnuki. Może ktoś pamięta, co to wtedy było, jak oni mnie tam znaleźli i w ogóle – mówiła trochę nieskładnie, jak to zawsze miała w zwyczaju.

– To musi być gdzieś koło tej waszej Bydgoszczy, bo jakeśmy się nawrócili z tego Koronowa, to szliśmy przez cały dzień aż wieczorem doszliśmy do takiego mostu, przez rzekę

– Przez Brdę, babciu, bo most w Fordonie był wtedy zburzony – podpowiedziałem. Wiem, bo trochę sobie poczytałem o tej miejscowości, w której teraz przyszło mi mieszkać – kontynuowałem.

Od 1989 roku mieszkałem bowiem w Bydgoszczy, a od dwóch lat, już na swoim, w Fordonie, największej sypialni miasta. Kiedyś miasteczku, teraz 80-tysięcznej dzielnicy. Los mnie tu rzucił z rodzinnej Łodzi. Tutaj, nad Brdę i Wisłę, trochę za chlebem, trochę w poszukiwaniu swojej drogi życia, po tym jak założyłem rodzinę. Wtedy, w 1994 roku, byliśmy z Olą 7 lat po ślubie, z dwójką małych dzieci. Mieliśmy oboje dobrą pracę i perspektywy na przyszłość.

– Chiba, ja tam nie pamiętam już, czy to Brda czy inna była. Tego mostu, co go tym pociągiem przejechałam. A potem to już było to „Ilgenau, czy coś”, i tylko to wielkie drzewo pamiętam, a tych ludzi to wcale nie. Nawet nie wiem teraz, czy to byli Polacy czy Niemce – kurpiowskim zaśpiewem ciągnęła Zofia.

– Bo jak się już dowiesz, no, jak już będziecie w tej waszej Bydgoszczy, to znajdź tych ludzi i im podziękuj.

– Poszukam. Jak znajdę, to podziękuję.

Stanisław umarł 23 lutego 1994 roku, w domu, w Kruszewie, prawie dokładnie w swoje 88 urodziny, które przypadały na 26 lutego. Został pochowany w Goworowie i jak przystało na ojca księdza kanonika, mszę pogrzebową odprawiało 6 księży, w tym oczywiście ksiądz kanonik Antoni – syn Stanisława i Zofii oraz jego mentor i przyjaciel, a zarazem ten, który wyświecił Antoniego na kapłana, sam biskup Dudziec, zresztą, pochodzący z bliskiej rodziny Zofii. Rower staruszek „Original Tornado”, jeszcze na chodzie, stał sobie dalej w szopie, z prawej strony stodoły. Wiem, bo sam to osobiście sprawdziłem. Zofia została sama, na gospodarstwie u syna Józefa choć właściwie u siebie.

2 lutego 1998 r., w Karniewie, Kruszewie, Goworowie…

Zofia zmarła w 2 lutego 1998 roku. Miała wtedy 87 lat. Dożyła prawie tego samego wieku, co Stanisław. Gdyby się urodzili w tym samym roku, zmarliby razem. Jak mąż i żona. Zawsze razem. Tak jak szli razem, choć czasem osobno przez życie. I podobnie jak wtedy, syn Antoni, kanonik z Sierpca, wtedy proboszcz w Karniewie na Mazowszu, wraz z biskupem Dudźcem i swoimi kolegami, odprowadzili ją na miejsce jej ostatniego spoczynku. Towarzyszyliśmy jej cała rodziną w tej drodze. Do końca.

Wtedy, w lutym 1998 roku wracaliśmy z Olą do Fordonu. Z pogrzebu Zofii. Może nie tą samą, ale równie długą drogą, którą, równo pięćdziesiąt trzy lata wcześniej, przebyła Zofia pieszo, wracając z Fordonu k. Bydgoszczy, do swojego domu w Kruszewie k. Goworowa, na mazowieckiej wsi. Wracaliśmy z Olą do tego samego Fordonu, z którego pięćdziesiąt trzy lata wcześniej „wprowadziła się” Zofia. Wracaliśmy tu, gdzie postanowiliśmy osiąść i wieść nasze życie codzienne a skąd Zofia, za wszelką cenę, chciała uciec, by wrócić w swoje rodzinne strony. Te same motywacje naszych podróży kierowały nas w całkowicie przeciwnym kierunku, a ja siedząc za kierownica, rozmyślałem, że nie zdążyłem przed odejściem Zofii, wypełnić danego jej słowa. Niestety, dopóki żyła, mimo, że mieszkałem już tutaj, w Bydgoszczy, to jednak nie udało mi się ani odnaleźć „Ilgenau, czy coś tam”, ani ludzi, którzy tam wtedy mieszkali.

1 marca 2015 r., w Bydgoszczy, Fordonie…

Moje poszukiwania Ilgenau, Langenau, Gilgenau lub czegoś podobnie brzmiącego w okolicy Bydgoszcz spełzły na niczym również później. Najbardziej prawdopodobne jest to, że Zofia dotarła wtedy do Łęgnowa, nazywanego wówczas Langenau. Dzisiaj, po kolejnych latach poszukiwań i ustaleń mam większe przekonanie, ale nie pewność, że to musiało być Łęgnowo. Dlatego dzisiaj, choćby tą drogą, składam tym ludziom podziękowanie. Za to, że tam byli. Za to, że przystanęli i pochylili się nad zamarzającą na poboczu drogi Zofią. Za troskę i za to, że ją wyleczyli, odkarmili i wyposażyli na drogę. Drogę do domu. Dziękuję w imieniu Zofii, Stanisława, ich dzieci, w tym Jerzego, mojego ojca oraz w imieniu własnym. Dziękuję, że byli ludźmi.

Nie ma już dla mnie znaczenia, że Zofia mogła pójść całkiem inną drogą. Zamiast przez Langenau pójść rzez Ilgenau lub Gilgenau. Pamięć Zofii, akurat w tym miejscu, była niestety zawodna. W każdym z przypadków, mogło tak być, bo było to jej po drodze do Kruszewa, jej rodzinnej wsi. Kruszewa w gminie Goworowo, na południe od Ostrołęki. Tam skąd pochodził mój , nieżyjący już dzisiaj ojciec Jerzy, syn Stanisława i Zofii. Skąd, w pewnym sensie pochodzę ja, choć urodzony i wychowany w Łodzi, to ochrzczony w kościele w Goworowie przez księdza Antoniego, syna Stanisława i Zofii, trzymany do chrztu przez Józefa, syna Stanisława i Zofii. Ja, który obiecałem Zofii z Kruszewa, że przejdę te kręte ścieżki jej życia, które ją przywiodły na kilka ciężkich lat wojny do Fordonu k. Bydgoszczy. Tam gdzie, z górą, siedemdziesiąt lat później mieszkam i piszę o niej ten tekst. O Zofii i o jej mężu Stanisławie. Moich dziadkach. Tak oto dziwnie posplatał los dzieje mej babci Zofii i moje dzieje. Splątując Kruszewo sprzed wojny z Bydgoszczą i Fordonem w roku 2015. Wplatając we wszystko  rower o oryginalnej nazwie „Original Tornado”, produkcji bydgoskich firm, który w innej już szopie, ale stał w Kruszewie jeszcze kilka lat temu. Na pewno. Może tam stoi do dziś.

Może to jest przypadek. Może los. Może sprawstwo kogoś lub czegoś. Jednak dziwnie się czuję z tym, że los mi kazał chodzić ścieżkami Zofii, na długo wcześniej niż wiedziałem, że nimi chodziła. Powoli zaczynam wierzyć, że to, co mi los zgotował , tu w Bydgoszczy i w Fordonie, było w jakimś sensie spłaceniem długu wdzięczności, jaki Zofia zaciągnęła u dobrych ludzi z Łęgnowa. Czy już ten dług spłaciłem, czy jeszcze nie? Nie wiem. Dowiem się może na koniec. Tyle z historii mojej rodziny. Losów przeplatanych Bydgoszczą, Fordonem i rowerem „Original Tornado”, choć myśmy wcale nie stąd a jakby na swoim miejscu.

………………………………………………………………………………………………

Cóż powiem, jeżeli Zofia, z Koronowa, poszła całkiem inna drogą i w tej malignie doszła rzeczywiście aż do Ilgenau w Prusach? Tak dawniej nazywano majątek Angerapp, w okolicach dzisiejszej miejscowości Mieduniszki w widłach Węgorapy, koło dzisiejszej miejscowości Rapa. Tu miał swój wielki majątek artysta i ekscentryk z rodu Fahrenheidów, właściciel majątku w Rapie, baron Friedrich von Fahrenheid, który kupił wieś i majątek od Christopha von Rap, stąd nazwa wsi, zaś główna siedziba Fahrenheidów znajdowała się w położonych kilkanaście kilometrów na północ Bejnunach (Beynuhnen), dziś w obwodzie kaliningradzkim.

Cóż powiem, jeżeli Zofia, w swej wędrówce dotarła aż do wsi Elganowo (dawniej Gilgenau)? Wsi położonej w województwie warmińsko-mazurskim, w powiecie szczytnieńskim, w gminie Pasym.

Jedną i drugą z wymienionych dróg też jej było po drodze. Tyle, że ta historia byłaby mniej ciekawa i mniej prawdopodobna. Zofia wie o tym najlepiej.

Kiedy dzisiaj, jako dojrzały, by nie powiedzieć, zaawansowany wiekowo człowiek, zastanawiam się nad przedziwną historią własnej rodziny, której to historii jedynie mały fragment tutaj przytoczyłem, wiem jedno. To Zofia był tą osobą, która znaczyła w moim życiu najwięcej. To ona nauczyła mnie wszystkiego. Wytrwałości i determinacji w dążeniu do celu. Wiary w Boga i tolerancji dla innych religii. Pracowitości i niepoddawania się w trudnych, czy wręcz beznadziejnych sytuacjach życiowych. Może nigdy nie udało mi się okazać jej mojej wdzięczności, za jej życia. Dlatego dzisiaj, choć w niewielkim stopniu, staram się spłacić ten dług tą opowieścią. I choć mam nadzieję, że nigdy już nas wszystkich nie dotkną okropności czasu wojny i Holocaustu, to wiem, że trzeba je ciągle przypominać, by budzić świadomość w młodszych pokoleniach, by dawać świadectwo i oparcie dla słów Antoniego Słonimskiego, wykorzystanych przez prof. Władysława Bartoszewskiego w jego książce zatytułowanej: „Warto być przyzwoitym”, z którym podobno Bartoszewski się przyjaźnił, a który napisał genialne zdanie, które powinno być drogowskazem dla każdego naszego postępowania:

„Jeśli nie wiesz, jak należy się w jakiejś sytuacji zachować, na wszelki wypadek zachowaj się przyzwoicie.”

 

Pióro

Wojciech Majkowski, wnuk Zofii i Stanisława.

Reklamy