Katedra tatrzańskich duchów

Katedra tatrzańskich duchów

………………………………………………………………………………………………………………………………………………..

Opowiadanie w postaci pliku (pdf) do pobrania: Katedra tatrzańskich duchów

………………………………………………………………………………………………………………………………………………..

Ta historia wydarzyła się naprawdę…

Pod koniec lipca, tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego trzeciego roku, w środku lata, upał dokuczał niemiłosiernie. Od kilku dni byliśmy na obozie wspinaczkowy w Dolnym Smokovcu , na Słowacji. Ciągłe siedzenie na taborisku[1] i moczenie tyłka w dmuchanym basenie z butelką Staropramena w ręku trudno było jednak nazwać wspinaniem. Skoro już przyjechaliśmy na obóz wspinaczkowy, trzeba by było w końcu gdzieś się wspiąć. Wybraliśmy z Mańkiem Batyżowiecki Szczyt. Właściwie to Maniek wybrał, bo był tam rok wcześniej i znał drogi zejściowe. Dla mnie, początkującego taternika, wszystko było nowe, pierwsze i do zaakceptowania. Byłem głodny wspinania. Wsiedliśmy po południu w kolejkę i podjechaliśmy na Vyšné Hágy, a stamtąd, żółtym szlakiem poczłapaliśmy pod Batyżowiecki, z zamiarem, że znajdziemy gdzieś dobrą kolibę[2], prześpimy się, a od rana zrobimy dwie drogi na Batyżowieckim.

Od początku wszystkie znaki na ziemi i niebie mówiły nam, że będzie coś nie tak. Już na podejściu do Doliny Batyżowieckiej, kiedy mijaliśmy leśniczówkę, dopadły nas psy leśniczego. Zdążyłem tylko krzyknąć do Mańka, żeby uważał na furtkę, jak jeden z nich wypadł na drogę i rzucił sie Mańkowi do pięt. Gdyby nie stare, dobre zawraty[3], Maniek wracałby na taborisko na rękach. I zakładam się o wszystkie pieniądze, że by doszedł, bo, co jak co, ale ręce miał napakowane porządnie. Psy były niezbyt duże, ale strasznie zajadłe. Maniek, umiejętnie używając swych zawratów, dzielnie walczył z pierwszym, a jednocześnie drugą ręką próbował zamknąć wpółotwartą furtkę tuż przed nosem drugiego z nich. Udało się. Tymczasem od strony leśniczówki wypadł na podwórze leśniczy i z bronią w ręku pognał ku bramie.

– Pozor pany! – krzyknął do nas, wymachując dubeltówką.
– Sam se pozoruj! Tak to wasze psy! – łamanym słowackim z polskimi wtrąceniami, odkrzyknął mu Maniek.

Zresztą słusznie, bo jak leci do ciebie facet z bronią, a jego psy gryzą cię po nogach, to naprawdę nie wiadomo, na co bardziej uważać. Na psy, czy na ich właściciela. Szczęśliwie skończyło się na wzajemnej wymianie uprzejmości. Oczywiście, my po polsku, on z żoną po słowacku. My jemu uprzejmie zakomunikowaliśmy, co myślimy o nim, jego psach i gdzie on nas może pocałować oraz dlaczego w dupę. Bazując na naszej znajomości słowackiego zakładamy, że nie pozostał nam dłużny bo i on pokazywał na dolne partie swoich pleców. Jego psy też nam nie odpuszczały. Odchodząc w górę doliny jeszcze długo słyszeliśmy ich poszczekiwanie. Do dzisiaj nie wiem, czy leśniczy bronił nas przed swoimi psami, czy swoje psy przed zawratami Maniusia.

Około piętnastej dotarliśmy nad Batyżowiecki Staw, jednak nie zabawiliśmy tam długo. Zostało nam dwie, może trzy godziny, na dojście pod Batyżowiecki i znalezienie jako takiej nyży. Trzeba było się sprężać. Poszliśmy więc do góry, wypatrując po lewej stronie dobrych miejscówek na piargach pod Kończystą. Mieliśmy jakieś namiary od Marysi, która była tam wcześniej, ale łatwo nie było. W końcu jest! Niepozorna dziura pod kamulcem, a w środku pałacyk na dwa karimaty, szpej[4] i jeszcze miejsce na rozstawienie maszynki. Pół godziny później juwelek[5] grał swoją ryczącą muzyczkę, a na ogniu grzała się tradycyjna zupka mix, ze wszystkiego co było w worach. Oczywiście z solidnym dodatkiem makaronu. Zaszyliśmy się w nyży jak szczury i nie wystawialiśmy nosa na zewnątrz, bo słowaccy służbiści z Horskéj Služby[6] strasznie ganiali taterników, a szczególnie nas, Polaków, za takie numery. Spanie w nyży, na terenie ścisłego rezerwatu, było oczywiście zabronione.

Pod wieczór powietrze stężało. Zrobiło się duszno i było tylko kwestią czasu, kiedy zacznie się burza.

– Chyba zaraz dupnie!? – powiedział Maniek, spoglądając na niebo na Kończystą.
– Jak nic będzie burza – potwierdziłem, bo od zachodu napłynęły ciężkie chmury.

Momentalnie zrobiło się ciemno, a temperatura spadła o kilkanaście stopni. Wleźliśmy w śpiwory.

Jak ma dupnąć, to niech dupnie teraz. Jutro się wypogodzi i pójdziemy się wspinać – pomyślałem.

– Jaki „gryplan” na jutro? – zagadnąłem.
– Można by zacząć do czegoś łatwiejszego i krótszego – rzucił Maniek. – Proponuję na początek spróbować czegoś na pd-wsch ścianie. Tam jest taka nowa droga na prawo od Filara Kuffa. Zaczyna się na prawo poniżej tej wielkiej nyży[7], dalej po prawej i nad nią, później idzie w lewo i potem prosto do góry, na szczyt. Słyszałem, że to coś koło IV-IV+. Zejdzie nam ze dwie godzinki plus godzinka na zejście. Jak zaczniemy od szóstej to jeszcze będzie czas na danie główne.
– Jakieś propozycje? – zapytałem. Jak dotąd, moja wiedza o drogach na Batyżowieckim ograniczała się jedynie do przewodnika WHP[8] i tyle. Maniek był tu rok wcześniej.
– Można by załoić[9] drogę Komarnickich – odparł.
– No, nie wiem. Niby zwykła IV, ale strasznie tam krucho i minimum pełne trzy godziny łojenia. Wg Fijała[10], to szósty stopień kruszyzny! – wzmocniłem przekaz tym, co zasłyszałem w klubie. Jakby nie było, Fijał to był „Ktoś” przez duże „K” i jak mówił, że krucho, to wiedział, co mówi.
– Zobaczymy, zawalczymy, załoimy – niezrażony Maniek był wyraźnie napalony na ten cholerny komin.

Mój wrodzony pesymizm kazał mi nie wierzyć jego zapewnieniom. Poczułem, że ściska mnie w dołku. Jakby na zawołanie, tuż obok, grzmotnęło po raz pierwszy. Zaraz potem drugi i trzeci raz. I nagle, jak ręką odjął. Burza gdzieś poszła za Gierlach i zrobiło się cicho. Nienaturalnie cicho.

Obudził mnie dźwięk budzika. Przez chwilę myślałem, że jestem w domu i czas zasuwać na uczelnię, na zajęcia, ale egipskie ciemności i pomrukiwanie budzącego się z lewej strony Mańka, przywróciły mnie do rzeczywistości. Niewiarygodne, Maniek wziął ze sobą budzik! Szlag by go trafił – pomyślałem. Z drugiej strony, budzik rzecz niezbędna. W górach dzień się zaczyna od czwartej rano. Nie było rady, wstałem, bo jak mówi stare, skompilowane przeze mnie przysłowie: „Kto rano wstaje, ten leje na pochyłe drzewo, jak kucharek sześć, darowanemu koniowi w zęby, póki mu się ucho nie urwie”. Wylazłem ze śpiwora i wychynąłem na zewnątrz koliby.

– Ja pierdolę, Maniek! Chodź zobacz! – wyrwało mi się serdecznie na dzień dobry.
– Mamy przejebane! – kontynuowałem, urzeczony, a bardziej zdumiony widokiem, jaki mnie spotkał u wejścia do koliby. Dookoła, jak okiem sięgnąć leżał śnieg. Piargi pokryte śniegiem, ścieżki zasypane, śniegu było ze dwadzieścia centymetrów. Katastrofa!
– Idziemy spać! – filozoficznie rzucił Maniek, jak tylko zobaczył świat na biało. Nie ma co, trzeba przeczekać, zobaczymy czy się stopi do południa. I jak zapowiedział, tak zrobił, wpełzając z powrotem do śpiwora.
– Oj, coś nam nie idzie z tym Batyżowieckim – podsumowałem filozoficznie, acz niezbyt odkrywczo i poszedłem w ślady Mańka.

No i rzeczywiście nie poszło, tak jak trzeba. W południe sytuacja była constans. Śniegu prawie po kolana, zimno jak diabli i zero szans na jakiekolwiek wspinanie. Czas uciekał, bo w książce wyjść na taborisku wpisaliśmy wprawdzie godzinę alarmową na szóstą rano dnia następnego, ale nie było żadnych szans na to, byśmy wrócili o czasie. Trzeba było zarządzić odwrót. I tak, ledwie się zaczęło, skończyło się, moje drugie, samodzielne wyjście w góry jako skończonego taternika[11]. W debiucie, pierwszy raz w życiu, w środku gorącego lata, przyszło nam robić wycof[12] spod ściany w warunkach zimowych. Wracaliśmy jak niepyszni, skacząc z kamienia na kamień, bo tylko ich wierzchołki wystawały spod śniegu. Po godzinie, choć w podskokach to szło nam niby szybciej, dotarliśmy nad Batyżowiecki Staw. Mając jednak w pamięci wczorajszą przygodę z psami, puściliśmy się pędem przez Suchy Wierch i dalej Gierlachowskim Grzbietem prosto na stację kolejki w Tatrzańskiej Polance. Pod wieczór byliśmy na taborisku, a tam…

Upał, basen napełniony, w basenie kotłuje się , na oko, z pięć osób, piwo chłodzi się w misce z wodą. Sielanka.

– Kurwa mać! Wy się tutaj pławicie w baseniku, a myśmy pod Batyżowieckim prawie złapali odmrożenia – ryknął Maniek. Dawać mi tu miejsce i piwo, bo mnie zaraz szlag trafi – kontynuował, po czym zwalił szpej, rozebrał się i wpakował do baseniku.

Nie czekając na zaproszenie poszedłem w jego ślady. Niestety, basenik już tego nie wytrzymał. Po chwili siedzieliśmy wszyscy razem na trawie, mocząc tyłki w odpływających resztkach wody i pokładając się ze śmiechu…

Do późnej nocy przyszło nam opowiadać o szczegółach naszej „udanej” wyprawy. Kiedy jednak poszliśmy już spać, Maniek, zanim zasnął, rzucił do mnie przez ramię:

– Szykuj się. Jutro idziemy tam znowu. Ja nie odpuszczam. A ty? – zapytał
– Idziemy. Przyjechałem tu się powspinać. Kolejne piwo można wypić jak wrócimy.

No i poszliśmy tam znowu, drugiego sierpnia. Tym razem przez Suchy Wierch. W nadziei, że nic złego już nas spotkać nie może. Jakże byliśmy w błędzie.

Droga przez Suchy Wierch, która jeszcze dwa dni temu wydawała nam się łatwa, zrobiła się jakoś dziwnie stroma i wyczerpująca. Może to była kwestia upału, może naszego zmęczenia bezowocnym łażeniem wte i wewte, w każdym razie do naszej koliby doszliśmy późnym wieczorem. Nawet nikt nie miał ochoty na gotowanie. Zżarliśmy połowę naszego szturmżarcia[13] i poszliśmy spać. Plan na jutro był taki sam jak poprzednio.

Po nocy, która tym razem przeszła spokojnie, już o szóstej rano byliśmy pod ścianą.

– Losujemy? – zapytałem, aby ustalić, kto będzie prowadził.
– Spoko, mogę zacząć – rzucił Maniek i zaczął się przywiązywać.

Poszedłem w jego ślady, zrobiłem stanowisko, wpiąłem się i jazda…

– Mogę iść?
– Możesz iść!
– Idę.

I poszedł, a ja za nim. Wyciąg po wyciągu, razem chyba z sześć, może siedem. Dwie godzinki później byliśmy na szczycie. Droga okazała się łatwa i przyjemna. W naszej ocenie jakaś IV może z lekkim plusem. Żadnych specjalnych trudności. Dopiero po wielu latach dowiedziałem się, że pierwszy raz oficjalnie została zrobiona właśnie w tym samym roku. Pierwsze przejście zrobił podobno niejaki L. Mikulas z nienazwanym w źródłach partnerem, a samą drogę wycenił na: IV+, A0. Gdzie on tam się musiał chwytać haków (A0), nie wiem. Myśmy z żadnych ułatwień nie korzystali. Może jednak zrobiliśmy tę drogę trochę inaczej? To by jednak oznaczało, że zrobiliśmy wtedy nową drogę lub wariant drogi Mikulasa. Chwała niewielka, bo i droga nietrudna, ale zawsze coś.

Batyżowiecki Szczyt

Batyżowiecki Szczyt

Zeszliśmy ze szczytu na północno-wschodnią stronę i wróciliśmy do dolinki u podnóża Kościółka na Pasternakową Przełączkę. Zrzuciliśmy szpej i napawaliśmy się widokiem na, dopiero co zdobyty, Batyżowiecki Szczyt.

– No, to teraz na Komarnickich[14]! Maniek stał z wyciągniętą ręką i wskazywał na komin, który tak go zafascynował.
– Dobra, jest prawie jedenasta, zjemy coś, napijemy się i dajemy w długą – odparłem. Tymczasem, może byśmy tak weszli na Kościółek[15]? – zapytałem. Stoi tu i aż się prosi. Nawet bym się nie wiązał, każdy solo[16]. Tylko bez ścigania.

Za chwilę pożałowałem tego ostatniego zdania. Maniek, jakby go ktoś podciął batem, ruszył z kopyta w kierunku szczytu Kościółka i tyle go widziałem. A miało być „bez ścigania się”. Wała! Maniek uwielbiał rywalizację, w przeciwieństwie do mnie. Dlatego, kiedy on już był dawno na szczycie Kościółka, ja powoli, z mozołem, „rwałem” swoim tempem do góry. Cóż, wolno, byle skutecznie. Festina lente, jak mówi przysłowie. Jakieś dziesięć minut po nim, byłem na górze. Usiedliśmy obok siebie, nogi nam zwisały nad przepaścią. Czuliśmy się wspaniale. Dookoła nas piękne widoki, czyli tak zwane piękne „okoliczności przyrody” mówiąc slangiem inżyniera Mamonia[17]. Żyć ,nie umierać. I wtedy właśnie coś mnie tknęło. Poczułem zimno na plecach i jakiś niepokój. Uwagę moją przykuł komin Komarnickich, z którego dobiegały odgłosy dwóch zespołów wspinaczkowych walczących z nieubłagalną grawitacją, zmęczeniem i nieobliczalną kruchością terenu. Ze środka komina sączył się jakiś dziwny dym, może mgła, a może było to tylko przywidzenie. Wszystko wyglądało tak, jakby z komina wychodziły duchy dawnych wspinaczy.

– Idziemy? – Maniek niecierpliwie machał nogami, dając do zrozumienia, że strasznie mu pilno załoić Komarnickich.
– Jeszcze nie. Szczerze mówiąc, to wolałbym zaczekać, aż oni skończą robić drogę. Straszny tam tłok – odparłem, widząc, że jeden zespół był na drodze, gdzieś na wysokości połowy komina, a drugi, za nimi, właśnie dopiero zaczynał robić komin.

Tak naprawdę trochę mnie ten komin przerażał. Trudności niby żadne, ale krucho. Właściwe – nadzwyczaj krucho. Było, nie było – szósty stopień kruchości według „Fijała”. Jak to obrazowo określał nasz klubowy kolega – Jasiu Fijałkowski. ”Wiesz chłopie, czwórka, to latają takie kamienie jak twój kask, piątka, to takie metr na metr, a szóstka, to już latają szafy” – mówił Jasiu. Obrazowo, ale skutecznie. Kawa na ławę. W górach strach jest potrzebny, ale trzeba umieć ten strach skutecznie opanować. Kto się nie boi i szarżuje, często popełnia głupie błędy i ginie. Bałem się tego komina i tyle. Dlatego odciągałem chwilę wejścia w drogę jak tylko się dało. W końcu zrobiła się już dwunasta i odwrotu nie było. Teraz albo trzeba będzie tu wrócić innego dnia, może innego roku.

– No dobra, Baniak, idziemy. Tam jest bite 3 godziny łojenia i dwie na zejście – Maniek podjął decyzję za nas obu.
– Jak mus to mus. Pojdę tylko na stronę, bo mnie przyparło – rzuciłem, by jeszcze zyskać na czasie. Zupełnie jak w sytuacji, która opisał nasz kolega, Andrzej Wilczkowski „Wilku”[18], w swojej książce, „Miejsce przy stole”. Opisał tam najbardziej zadziwiający unik, wykonany przez jednego ze wspinaczy, tylko po to, by uniknąć robienia trudnej drogi. Otóż wspinacz ten, na wieść o tym, że jego współwspinacze[19] mają zamiar zrobić jedną z trudniejszych dróg, a on ma brać w tym udział, tuż przed wejściem w ścianę, rozwiązał się i rzucił do ucieczki krzycząc: „Szczałem gdzieś, przy Zmarzłym Stawie i zostawiłem tam zegarek”. Jak napisał dalej w swej książce „Wilku”, współwspinacze owego łojanta[20], do dzisiaj zastanawiają sie, gdzie on ten zegarek nosił.

Zegarka nie noszę wcale. Wtedy też nie miałem. Odwróciłem się na pięcie i …

Nagle, od strony komina Komarnickich, dobiegł nas łomot. Najpierw głuchy, jakby spowolniony, za chwilę ostrzejszy, dudniący i trzaskający jakby pękały ściany turni. W dół, kominem Komarnickich leciała szafa, rozbijając się na drobne głazy i kamienie, wymiatając na swojej drodze, wszystko co napotkała. Po kilku sekundach, na dole komina, wystrzeliła na piargi drobnym deszczem odłamków pozostawiając za sobą chmurę granitowego pyłu. Dopiero kiedy trochę ucichły odgłosy walącej się lawiny, przedarły się prze nie krzyki przerażonych łojantów.

– Ahoj! Jak se tam!
– Dobre! Pozor na kameni!
– Rychło w czas – pomyślałem, a głośno powiedziałem.
– Gdybyśmy tam byli, na dole ściany, byłoby już po nas.
I zaraz po tym, jak to powiedziałem, nogi się pode mną ugięły.

– Nie na darmo coś mnie tknęło na Kościółku. Przesądny specjalnie nie jestem, ale wiesz, było blisko..
– A co cię tknęło? – Maniek był wyraźnie zdziwiony moimi wynurzeniami.
– Ee, nic takiego. Wiesz, coś mi mówiło, żeby sobie darować tych Komarnickich dzisiaj.
– Nic nie mówiłeś.
– A co miałem mówić?! Już i tak wszyscy w klubie boją się moich przepowiedni, bo się sprawdzają. Niektórzy to nawet mówią, że z takim Jonaszem, jak ja, wspinać się nie będą.
– Ja pierdolę! I dopiero teraz mi to mówisz!?
– Jakbym ci powiedział wcześniej, to nie miałbym z kim iść, a tak, załoiliśmy Batyżowiecki. Na dodatek może nową drogą. Załoiliśmy solo Kościółek i sobie spokojnie odpoczywamy na łonie natury. Może to łono trochę twarde, ale się nie kruszy i nie usuwa spod stóp. Ja tam wolę takie zakończenie wspinania. Popatrz na tego gościa w stawie i się wyluzuj…
– Trzeciego sierpnia tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego trzeciego roku, dzięki baniakowi Baniaka, udało nam się oszukać śmierć – filozoficznie stwierdził Maniek , po czym ułożył się na plecaku ze szpejem i zapatrzył w niebo nad Kościółkiem.

Leżałem obok, całkiem bezmyślnie, i stan ten odpowiadał mi wtedy najbardziej. Leżeliśmy więc razem, Maniek i ja, na płytach Kościółka, napawając się widokiem na Pasternakową Przełączkę i wznoszący się nad nią Batyżowiecki Szczyt. Na dole, w Batyżowieckim Oczku, jakiś nagusieńki, jak go Pan Bóg stworzył, horolezec[21] z Niemiec, oddawał się kojącej kąpieli w chłodnej wodzie stawu. W powietrzu unosił się jeszcze zapach siarki, jak zwykle, kiedy zejdzie porządna kamienna lawina. Nie oglądałem się za siebie, ale czułem, że Stanisławski, nasz wybawca, stał na szczycie Kościółka, patrzył na wszystko z góry i się uśmiechał. My zaś, nie mając pojęcia, że zdarzyło się to wszystko dokładnie w pięćdziesiątą rocznicę śmierci Stanisławskiego i jego współwspinacza Wojnara, dziękowaliśmy opatrzności nie wiedząc, że to pewnie sam Stanisławski nas w porę ostrzegł.

Wiesław Stanisławski[22], gdy zginął na Kościółku, 3 sierpnia 1933 roku, miał dwadzieścia cztery lata, jego towarzysz Witold Wojnar[23] miał 19 lat. My, 3 sierpnia 1983 roku, podobnie. Ja miałem lat dwadzieścia trzy, Maniek , chyba dwadzieścia dwa. Całe życie było jeszcze przed nami…

Teraz, po kolejnych trzydziestu latach, kiedy wspominam tamte chwile, nachodzi mnie taka refleksja, że każdy, chociaż raz w życiu, odwiedza swój, jedyny w swoim rodzaju, Kościółek. Ten nasz był strzelisty jak katedra, twardy swym granitem a zarazem opiekuńczy, jak najlepszy przyjaciel. Dalej stoi na tym samym miejscu i będzie tak stał przez nieustannie, gdy po nas nawet pyłu już nie będzie. Katedra tatrzańskich duchów.

Katedra tatrzańskich duchów (Tekst oryginalny – do pobrania lub wydruku)

Kościołek lub Kościółek (słow. Kostolík, 2261 m n.p.m.) – samoistna skalista turnia w górnej części Doliny Batyżowieckiej w słowackich Tatrach Wysokich. Na południe od ścian Batyżowieckiego Szczytu. Nieco ponad 100 m wysokości, ze stromymi ścianami od strony zachodniej i południowej. Szeroka przełęcz oddzielająca Kościołek od Batyżowieckiego Szczytu to Pasternakowa Przehyba (Przełączka), stanowiąca północno-zachodnią część Wyżniej Batyżowieckiej Równi. Szczyt ma dwa wierzchołki, z których wyższy jest wschodni.

Pierwsze wejścia:
latem – Janusz Chmielowski, Jędrzej Marusarz Jarząbek, 29 lipca 1905 r.,
zimą – Gyula A. Hefty, Siegfried Neumann, 18 lutego 1912 r.

800px-Kostolik Źródło zdjęcia: http://commons.wikimedia.org/wiki/File%3AKostolik.JPG
By Erinaceto (Own work) [GFDL (http://www.gnu.org/copyleft/fdl.html), CC-BY-SA-3.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/) or CC BY-SA 2.5-2.0-1.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/2.5-2.0-1.0)%5D, via Wikimedia Commons

[1] Taborisko – słowacki odpowiednik naszego pola namiotowego, kempingu.

[2] Koliba – koleba, naturalne schronienie na piargach, w kształcie małej jaskini, zbudowanej z większych głazów.

[3] Zawraty – skórzane, ciężkie buty trekkingowe marki „Zawrat”. W latach 70-tych i i 80-tych, jedyne dostępne i w miarę porządne, stosowane czasem przez tradycjonalistów do uprawiania wspinaczki, głównie zimowej.

[4] Szpej – sprzęt wspinaczkowy, czyli lina, uprząż, taśmy, karabinki, haki, kostki, i wszelkie żelastwo oraz buty do wspinania, zwykle spreparowane korkotrampki, bo lepsze buty były wtedy zbyt drogie jak na studencką kieszeń. Już widzę, że przydałby się odnośnik do odnośnika…

[5] Juwelek – benzynowy palnik do gotowania, zwykle jednak był to ruski odpowiednik, bo prawdziwy niemeicki Juwel był drogi.

[6] Horska Služba – bardziej upierdliwa odmiana polskich strażników z TPN’u.

[7] Nyża – zagłębienie w skalistym terenie, mające co najmniej takie rozmiary, by mógł w nim zmieścić się człowiek.

[8] Przewodnik WHP – najbardziej znany i pierwszy, pełny, usystematyzowany przewodnik wspinaczkowy po Tatrach Wysokich autorstwa Witolda Henryka Paryskiego (stąd skrót WHP)

[9] Załoić – wspiąć się gdzieś na coś, zrobić drogę wspinaczkową, wejść na szczyt, choć niekoniecznie. Czasem chodzi o skuteczne wykonanie raptem kilku marnych ale trudnych przechwytów na ściance wspinaczkowej.

[10] Fijał (właśc. Jan Fijałkowski) – doskonały wspinacz i jeden z byłych prezesów Łódzkiego Klubu Wysokogórskiego. Resztę można sobie wygooglać.

[11] Skończony taternik – tak naprawdę, taternik kandydat, po ukończonym kursie taternickim w ośrodku Polskiego Związku Alpinizmu. Dalsze stopnie, to taternik samodzielny, instruktor, instruktor PZA.

[12] Wycof – odwrót

[13] Szturmżarcie – żelazny zapas jedzenia, do użycia w ścianie. Wtedy, zwykle czekolada, woda i mielonka.

[14] Droga Komarnickich – droga wspinaczkowa na Batyżowiecki Szczyt, której pierwsze przejście zrobili bracia Komarniccy. Trudność IV. W górnej części, droga biegnie charakterystycznym kominem.

[15] Kościółek – (słow. Kostolík, 2261 m n.p.m.) – samoistna skalista turnia w górnej części Doliny Batyżowieckiej

[16] Solo – wspinanie bez asekuracji i sprzętu, indywidualne.

[17] Inżynier Mamoń – tego się nie tłumaczy. Trzeba koniecznie obejrzeć film „Rejs”

[18] Andrzej Wilczkowski – (ur. w 1931 r. w Warszawie), polski taternik i alpinista, kierownik wypraw górskich m.in. w Hindukusz i góry Etiopii, autor opowiadań i książek o tematyce alpinistycznej. Z wykształcenia inżynier mechaniki Politechniki Łódzkiej, specjalista w dziedzinie silników spalinowych, wynalazca: autor pięciu patentów w tej dziedzinie. Działacz NSZZ Solidarność. Z zamiłowania historyk. Tako rzecze Wikipedia. Poza tym nasz kolega, przyjaciel i nauczyciel akademicki.

[19] Współwspinacz – partner wspinaczkowy

[20] Łojant – wspinacz, partner współwspinacza (patrz: współwspinacz)

[21] Horolezec – słow., wspinacz

[22] Wiesław Jan Stanisławski (ur. 15 listopada 1909 w Lublinie, zm. 4 sierpnia 1933 w Tatrach w wypadku na Kościółku) – jeden z najwybitniejszych taterników w latach 1928–1933. Tako rzecze Wikipedia. Resztę trzeba sobie wygooglać.

[23] Witold Wojnar (ur. brak danych, zm. 4 sierpnia 1933 w Tatrach w wypadku na Kościółku) – początkujący taternik, Wikipedia milczy na jego temat. Googlować też nie ma co.

 

Reklamy