Część siódma. Pokłosie. (2)

Ilustracja 60

Ilustracja 60. Kazimierz Różycki, wuj autora, Łódź, Piotrkowska, przy Pasażu Meyera, 1960 r., w roku urodzin autora poematu, autor zdjęcia nieznany. Z zasobów własnych autora.

Łodzianie. Poemat w ośmiu częściach.

/Odsłona 21 z 22/

Część siódma. Pokłosie.

Moja Łódź.

Tak oto w mieście, w Łodzi mej, na gruzach i pobojowisku,
powstała całkiem nowa Łódź. Łódź, w której się zaczęło wszystko.
Tu mój powietrza pierwszy łyk i pierwsze kroki nieudolne,
I tu do szkoły zaraz w mig, pierwsze dziewczyny, bójki szkolne,
I wszystko to, co sprawia, że to miasto jest jak dom ogromny.
W którym codziennie budzę się. Wciąż zakochany, nieprzytomny.

To tutaj, kiedy władzy wbrew, włókniarek tysiąc na ulicach
krzyczało, żeby dać im chleb, krzyczałem z nimi, a milicja
ganiała nas i wzdłuż i wszerz, a my po bramach przy Piotrkowskiej.
I krzyk włókniarek, mocny zew, że chcą nakarmić swoje dzieci,
podniósł się w górę, aż do nieba. Nie po raz pierwszy i nie trzeci.

Poznański czerwiec, wielki zryw i krew na bruku i ofiary,
a zaraz potem w Łodzi szły strajki w zajezdniach, lecz bez wiary,
bo z tyłu głowy mieli wciąż, widoki z ulic, tych poznańskich.
Nic to nie dało. Rozkaz padł. Już niepotrzebny koń trojański.
Brutalną siłą, w ciemną noc, ruszyli z mocą na zajezdnie,
a kto dał opór musiał lec. Pod milicyjną pałką blednie.

„Ta władza wichrzycieli zna i nie odpuści nic, nikomu.”

Po domach płacz, w zakładach strach, lecz coś się dzieje. Po kryjomu.
Lecz nie od razu, trzeba lat, by w Gdańsku znowu się podnieśli
i znowu „przywrócono ład’. Za cenę, że „na drzwiach ponieśli”.
Janek Wiśniewski, to był mit, bo Janek miał na imię Zbyszek.
Zbyszek Godlewski, młody kwiat, zerwany kulą w czas zamieszek,
kiedy stoczniowcy wszyscy wraz poszli naprzeciw karabinom,
bo chcieli zmienić tamten świat. Niejeden Zbyszek wtedy zginął.
Lecz władza „odpór dała” im, bo przecież tak zapowiedziała,
że kto na władze porwie się, odrąbie rękę. Padły ciała.

I znowu nie udało się. Chociaż u robotników wrzało.
Jedynie władzy zdało się, że oto wyszła z tego cało,
ale nieprawda, to był mit. Rok później, w Łodzi, szły Piotrkowską
kobiety, tworząc zgodny szyk. O chleb wołanie się rozniosło.
Na transparentach okrzyk kłuł, żeby szanować ich wysiłek,
żeby im płacić tyle choć, by im starczyło na posiłek,
na chleb codzienny, cukier, ser, by dzieci ich nie głodowały,
by ktoś zrozumiał wreszcie, że „Pomożecie?”, to banały.

Kolejne strajki, nowy zryw, w Radomiu wiara się podniosła.
I znowu rozpędzona w mig, bo przecież „Polska w siłę rosła”
Aż w końcu każdy miał już dość. Robota skryta efekt dała.
Kolejny raz wysłany zew, by Polska z kolan znowu wstała,
na najwłaściwszy upadł grunt, ziemię do siewu już gotową,
i poszli w Polskę niosąc bunt, i wizję Polski, całkiem nową.

Jak kropla, która drąży wciąż i w końcu kamień jej ulega
tak słowo, wiara, oraz COŚ, jakaś świadomość, że tak trzeba,
dało kolejny wielki zryw. Strajk na Wybrzeżu, u stoczniowców,
i władza zrozumiał w mig, że minął wreszcie czas kaowców,
lektorów także minął czas i sekretarze niepotrzebni,
że: „Przyjdzie się dogadać? Tak. Ich postulaty to nie brednie!”
Nie było rady, przyszedł czas i podpisali to co trzeba,
i papier stłumił każdy gniew. Zwycięstwo, które przyszło z nieba.
Za którym także Papież stał. Nasz rodak, a obecnie święty.
I jawił nam się wszystkim czas. Czas teraźniejszy, przyszły, piękny.

Jeszcze z rozpędu, jeszcze raz, w Łodzi i kilku innych miastach
wyszli, by dać świadectwo w czas, poczuć jak siła w sercach wzrasta.
By solidarność, słowo klucz, co do zwycięstwa ich przywiodło,
nie stało jeno hasłem się, ale by w przyszłość ich powiodło.
Kobiet znów podniosły pięść, motorniczowie także z nimi,
to w geście wsparcia, to na zew, „Solidarności” je zrobili.

My, młodzi, idąc na ten zew, radio wyrwaliśmy pod mostem,
i kiedy znów ulicą szedł pochód bezbrzeżny na Piotrkowskiej,
staliśmy w oknie patrząc skąd, pójdzie pałkarzy z ZOMO atak,
słuchając czy w eterze padł rozkaz natarcia. My. Na czatach.
Wciąż trzeba było nasłuch mieć, gdzie ZOMO będzie się zasadzać
na „Solidarność”. „Szybko, pędź!” – i pobiegł ktoś, by to przekazać.
I tak toczyła się ta gra, gdzie z jednej strony robotnicy
a drugiej władza, która gna tych strajkujących po ulicy.
Choć papier podpisany był, choć „Solidarność” już za progiem,
to jednak trwała próba sił. Czy Naród z partią, czy też z Bogiem?
Widać silniejszy jest nasz Bóg. I żadna siła, żaden człowiek,
nie może się postawić Mu. On, patrząc spod przymkniętych powiek,
od razu sądzi. Żywych też. I wie, kto jakiej wart nagrody.
I zmienia wszystko. Jeśli więc, nieczyste były ich powody,
dla których zakończyli strajk i ustąpili robotnikom,
On dobrze wie i sprawi, że ta myśl wywiedzie ich donikąd.

Następnie studia, inny czas, a w głowie zamęt ideałów
i młodość, która tłumi strach, świadomość budząc w nas pomału.
Chcieliśmy także zmienić coś. Uczelniom trochę dać oddechu.
„Marcowi doktoranci won!” – zakrzyknął ktoś, lecz w tym pośpiechu
nie zauważył chyba nikt, że idzie bój o demokrację.
By uczelniany status-mit wreszcie już upadł, by dać rację
twierdzeniom, że wolności brak, że na uczelniach nie ma swobód,
że ‘zsyp”, to pic, na wodę pic, więc NZS’u brak dał powód.
I już nas nie powstrzymał nikt. Uczelni łódzkie strajk podjęły,
a ludzie zrozumieli w mig i znów im oczy zapłonęły.
W końcu Zwycięstwo. NZS. I rejestracja. Młodzież górą.
I wszystkim wtedy zdało się, że zaraz inne mury runą.
Lecz jednak władza miała plan. Plan demoniczny i zdradziecki.
„Przyjdzie go wdrożyć, choćby nam, pomagać związek miał „radziecki”
– myśli generał, marszczy brew, zza okularów ciemnych zerka.
Że chronić będzie polską krew, takim sposobem. Taka gierka.
Czy tak myśleli, czy to blef? Nikt nie wie. W dokumentach czysto.
Popiół z papierów zniknął gdzieś, bo ktoś podpalił prawie wszystko,
co mogło dowieść, co i jak. Nieważne, czyny o nich świadczą.
Porozumienia każdy ślad przykryty został ręką władczą,
która na Naród, Polskę, sen, rzuciła z mocą wojsko własne
w grudniową noc, a potem w dzień dla wszystkich wszystko było jasne.
Wojna z narodem, koniec praw. I „Solidarność” zawieszona.
Internowanych wiozą w las i nie wie dziecko, nie wie żona,
ni mąż ni matka, ojciec też, co z nimi będzie co się stanie,
a wyobraźnia mrozi krew. A Polska, już w „wojennym stanie”.
Jednak kto myślał, że to kres, że oto władza znowu górą,
nie zna Polaków, którzy wbrew, powstaną zawsze, choć wpierw runą.
Robota w konspiracji wre. Idą instrukcje, druk bibuły.
W kościołach zabroniony śpiew, internowani walą w mury.
To nic, że wojna, WRON i szok. Uczelnie też pozamykane,
a my studenci, drugi rok, i strajk uczelni wspominamy.

W końcu zrozumiał ten i ów, zrozumiał także ten co rządził,
że idąc wbrew, naprzeciw słów niosących prawdę, sam zabłądził.
W końcu ta wojna kończy się. Ta dziwna wojna, przeciw sobie.
W której, na brata słuszny gniew, brat odpowiadał, choć wbrew sobie.
W której na rację padał cień, że oto racja nie jest racją,
a pseudo demokracji cień udawał, że jest demokracją.
W końcu, po wielu latach złych, nadeszły lata całkiem nowe.

Okrągły Stół otworzył drzwi. Łódź wypłynęła na to morze
i zaraz się objawił z tym ocean nowych możliwości.
Jeszcze siermiężnie, jeszcze brak. Jeszcze niewiele tu radości,
a jednak wolność kwitnie w nas i całkiem inny świat się zdaje.
Nadzieja burzy wszystkim krew i nikt się tutaj nie poddaje.
A możliwości, tylko daj. Już się łodzianie sami wezmą.
W tym mieście, gdzie był kiedyś raj, fortunę gdzie zbił ktoś niejedną,
ciągle unosi się ten duch, zapału i porywu myśli.

Więc się bogaci ten i ów. Spełnia marzenia, które wyśnił.
A ten, co czekał na ten czas, by móc swobodnie tworzyć, pisać,
wreszcie nie musi czekać, aż cenzor coś puści. Można czytać.
Można wystawiać, śpiewać, grać i dawać upust tym uczuciom,
które przez tyle, tyle lat, towarzyszyły wszystkim ludziom.
Szarzyzna poszła sobie precz i całkiem nowy trend zagościł.
Można już mówić co się chce, dowolnych można spraszać gości.
I nagle okazało się, że Łódź, to miasto kultur wielu.
Że może znowu tworzyć tu, kto żyje dzisiaj w Izraelu.
Że Niemiec, czy Rosjanin tu znów są witani tak jak swoi,
a wielość kultur to nie mit i Łódź kulturą znowu stoi.

© Wojciech Majkowski

Ilustracja 61

Ilustracja 61. Strajk łódzkich włókniarek. Marsz głodowy na Piotrkowskiej, 1971, autor zdjęcia nieznany. Źródło: Z zasobów archiwum Muzeum Tradycji Niepodległościowych w Łodzi. Sygnatura: I-7674.

Ilustracja 62

Ilustracja 62. Strajk łódzkich uczelni, luty 1981 r., autor zdjęcia nieznany, ze zbiorów własnych Aleksandry Majkowskiej.

Ilustracja 63

Ilustracja 63. Okrągły Stół, obrady w Pałacu Namiestnikowskim (ob. Prezydenckim) w Warszawie, (II–IV 1989), autor zdjęcia: Erazm Ciołek / Wikimedia Commons – CC.

Szczegółowy spis ilustracji wykorzystanych w poemacie, oraz źródła ich pozyskania i przypisane do nich prawa autorskie zawarto w odrębnym dokumencie (patrz przypisany link): Spis ilustracji poematu. Spis ten, w wersji do druku oraz w wersji do pobrania (pdf) stanowi integralną część wydawnictwa.

Reklamy

Część siódma. Pokłosie. (1)

Ilustracja 58

Ilustracja 58. Widok na zdewastowane i opuszczone budynki fabryki Henryka Grohmana, Łódź, 2017 r., autor zdjęcia: Magdalena Kais, publikacja za zgodą autorki.

Łodzianie. Poemat w ośmiu częściach.

/Odsłona 20 z 22/

Część siódma. Pokłosie.

Pobojowisko.

Odeszli. Wszyscy poszli stąd. Rosjanie, Niemcy oraz Żydzi.
Nikogo już nie drażni swąd, bo swojski jest. Nikt się nie wstydzi.
Odeszli. Wszyscy poszli precz. W Łodzi, gdzie kultur czterech znamię,
już tylko robotnicza krew. A jeśli nawet, w jakiejś bramie,
chyłkiem przemyka jakiś KTOŚ, co może inne ma spojrzenie,
co może ma już tego dość, co skrywa swoje pochodzenie,
ten za nic nie odezwie się. On swoje wie, swego pilnuje,
a jeśli nie, skończona gra i zaraz się zasymiluje.
Choć na ulicach życie wre. Choć w kinach, salach koncertowych,
w teatrach albo varietes, wciąż repertuar dają nowy,
to jednak to już inny świat, świat oddalony, chociaż blisko.
A świat kultury wali się. Odsłania się pobojowisko.

Jednak potrzeba silna jest, by wrócić życiu równowagę.
Rodzi się bunt, a z buntu śpiew i sztuka idzie razem w parze.
Kolejno budzą się ze snu i na tej nieprzyjaznej ziemi
tworzą i piszą, grają znów i filmy kręcą, jak natchnieni.
To życie, teatr wszystkich Muz. Nie znosi próżni w tej materii.
Niech sobie dalej rządzi tu duch robotniczy, lecz w galerii
niech rządzi sztuka, jaką jest. Ta sztuka, która drga uczuciem.
Ta, która mocą kresek stu, pokrywa stosy nowych płócien.
Albo i taka, która jest zaklęta w kamień, papier, glinę.
Abakanowicz i jej duch – „To miasto Łódź. W nim się rozwinę.”
Rusza korowód barwnych dusz. Wielcy i utalentowani.
W „Filmówce” znowu wielki ruch. Wajda, Polański, Kluba. Znani.
Miasto odżywa, a wraz z nim, wyłażą gdzieś z podziemnych lochów
poeci, twórców wszelki sort i nikt nie stroi żadnych fochów.
Kultura kwitnie, kwitnie Łódź, jakby na przekór przeciwnościom,
gdy faworytem wciąż jest LUD. Więc czasem, kiedy staje ością
w gardle cenzury jakiś tekst, trzeba się nagimnastykować,
żeby puścili w eter coś lub pozwolili publikować.
Lecz nie narzeka chyba nikt. Władza przymyka oko czasem.
Inteligencja wpada w rytm, by mówić szeptem, a nie basem.
A po kawiarniach, klubach, jazz i wiersze nowe, i piosenki.
I nie przeszkadza to, że wiesz. Bo skoro wiesz, to nie z antenki,
na której propagandy sznyt wciąż leją ci do ucha wszyscy.
To z Europy Wolnej w mig, najnowsze wiadomości przyszły.

Jednego jednak ciągle żal. W mieście, gdzie kiedyś wspólnie żyli
Niemiec, Rosjanin, Polak, Żyd. Gdzie kiedyś razem się bawili.
Teraz mizerny, słaby ślad, ledwie odznacza swoje znamię.
Kto mniej odważny, milczy lub ciągle ogląda się przez ramię,
czy czasem go nie śledzi ktoś. Sprawdza, czy ktoś gdzieś nie donosi,
a gdy kościelny bierze ślub, kapłana o dyskrecję prosi.
Zaś ten, co jeszcze w domu ma menorę albo Talmud stary,
stara się tajemnicy strzec, gdy chanukowe świece pali.
Rosjanin, Niemiec tutaj już nie zaglądają, bo i po co.
Ci pierwsi, choć wtykają dziób we wszystkie sprawy, z pełną mocą,
wszystko to robią sprytnie tak, że to Polacy robią sami.
A drudzy, niech ich jasny szlag, nie są już mile tu widziani.

© Wojciech Majkowski

Ilustracja 59

Ilustracja 59. Andrzej Wajda na planie „Ziemi Obiecanej”, 1974 r., autor zdjęcia nieznany. Źródło: Skan z wydawnictwa Kalendarium Polskie 1944-1984, Młodzieżowa Agencja Wydawnicza, Warsaw, Poland, 1987 r.

Szczegółowy spis ilustracji wykorzystanych w poemacie, oraz źródła ich pozyskania i przypisane do nich prawa autorskie zawarto w odrębnym dokumencie (patrz przypisany link): Spis ilustracji poematu. Spis ten, w wersji do druku oraz w wersji do pobrania (pdf) stanowi integralną część wydawnictwa.

Część szósta. Robotnicza Łódź. Trzeci ślad utracony po raz drugi. (3)

Ilustracja 56

Ilustracja 56. Wiec robotniczy 20 marca 1968 r., Plac Zwycięstwa w Łodzi, autor zdjęcia nieznany. Źródło: Z zasobów © archiwum Muzeum Tradycji Niepodległościowych w Łodzi.

Łodzianie. Poemat w ośmiu częściach.

/Odsłona 19 z 22/

Część szósta. Robotnicza Łódź. Trzeci ślad utracony po raz drugi.

Sześćdziesiąt osiem.

Łódź całkowicie zmienia się. I rok za rokiem szybko mija.
Lecz słychać ówdzie, tam i tu, że coś się zmienia, coś rozwija.
Niby na pozór wszystko gra i wszystko idzie w dobra stronę.
Ktoś palcem wskazał tylko raz. Już wszyscy mają wzrok zwrócony.
W mieście, gdzie krosien stukot, huk, gdzie klasa głównie robotnicza,
jeden ze stu, jeden ze stu. Z przeszłości będą ich rozliczać.
Nowa idea szerzy się, że „Byt kształtuje nam świadomość.”,
a byt to tylko być i jeść, i nic ponadto, jak wiadomo.

Więc LUD kupuje taką treść i tłumaczenie to pokrętne,
bo najważniejsze „Dobrze zjeść i mieć gdzie spać. Jakoś to będzie.”
Ta bylejakość szerzy się i jak gangrena toczy Naród,
lecz już kiełkuje w głowach myśl, że nie wystarczy zupa z baru.
Że, może by tak więcej coś? Świadomość w głowach się rozpiera.
A partia czuwa, partia wie, więc zaraz inny kurs obiera.
Powstaje robotniczy ruch, kultura mas i ludzi pracy.
I zaraz para z kotłów – Buch! I… „Do kultury, hej, Rodacy!”
I teraz ma zajęcie duch. Zadowolony lud świętuje.
Do sal, teatrów, w plener gna, a tam kultura już króluje.
Ma się rozumieć, lepsza ta. Ta robotnicza i klasowa.
Kultura, którą ktoś dla mas specjalnie gdzieś zaprojektował.
Ma być podniośle, pięknie tak. Ma sławić czyny robotników
oraz o wszystkim mówić ma. Produkcji węgla i ciągników.
I cieszy Naród się, a z nim, cieszy się partia, sekretarze.
I „bratni” cieszy się Kraj Rad, do czasu, kiedy się okaże,
że nagle tak, nie wiedzieć skąd, coś się w Narodzie pozmieniało.
I nagle gdzieś oporu front i głosy, że to wszystko mało,
że „Dawać nam tu więcej, bo…”, a więcej, znaczy władzy więcej.

I nagle, nie wiadomo skąd, zamiast spokoju jest goręcej.
Studenci nagle burzą się i na ulicach demonstracje.
A władza serio boi się, bo wie, że oni mają rację.
Że cały robotniczy sznyt, który po wojnie propagują,
to tylko mit i jak to mit, rozwieje się gdy zastrajkują.

Kraj jakby całkiem zmienił się. Już nie ma maski żydofila,
bo nagle, jak z koszmaru dzień… Tu przypomina się ta chwila,
gdy trzeba było odejść stąd, uciekać dokąd nogi niosą,
a wszystko wydarzyło się, ósmego marca, wczesną wiosną.
Do dziś powraca do nich sen i liczba zła: sześćdziesiąt osiem.
Tysiąc dziewięćset to był rok i jeszcze lat sześćdziesiąt osiem.
W tej atmosferze nowy wróg „sam się ujawnił”, rzec by można.
I ktoś już placem wskazał, i… Wszyscy już wiedzą. Chwila groźna.

Od teraz winni, to nie MY. Od teraz winnych szukać łatwo.
I już, kto żyw, z odmieńców kpi. Bo jedna krew, to jedno państwo.
A za plecami szydzi śmiech, bo udał się ten manewr zwinny.
„To ON! To ONA! ONI! WY!” – I już wiadomo, kto jest winny.
Winny, że kraj obudził się, że się studenci burzą wszędzie,
że się robotnik porwał też, na partię, która w pierwszym rzędzie
to właśnie robotnicza jest. A tu zdziwienie, strach, panika,
że ten robotnik jest jak pies i rękę, która karmi, chwyta.
Trzeba więc było wskazać – ICH! Tych, co są winni tych „wypaczeń”
i słuszny robotniczy zryw skierować na tych, co inaczej
socjalizm chcieli tworzyć tu. Bo przecież partia wie najlepiej
co, komu trzeba. Właśnie tu, w Polsce Ludowej, w gminnym sklepie.

„Nie będzie więc już żaden Żyd, czy inteligent „syjonista”,
mówił nam czego pragnie LUD. My wiemy lepiej. Muszą przyznać!
A jeśli dalej będą brnąć, w tę bez wyjazdu ślepą drogę,
damy im bilet, paszport też. I im powiemy: Jedźcie z Bogiem.
Izrael czeka, gotów już. Nikt Was tu dłużej widzieć nie chce.
Pakujcie torby, jakiś „geld” i jedźcie precz. Ruszcie się wreszcie!”

Więc wsiedli w pociąg, który w dal, powiózł ich znowu w długą drogę.
Wielu zostało jednak tu. Czemu zostali? Z jakim Bogiem?
Może ich nowy skusił Bóg? Może porządek całkiem nowy?
I obietnica złotych gór. Blaga dla każdej chłonnej głowy.
Lecz miasto całkiem inne już. Łódź robotnicza. Łódź Czerwona.
I kto nie z nami, przeciw nam. A kto jest przeciw, niechaj skona.
Tak zniknął w Łodzi trzeci ślad. Ślad po kulturze łódzkich Żydów.
I macew na cmentarzu brak. Prawdziwie zaszła rzeź Jazydów.

Ja miałem wtedy osiem lat. Niewiele z tego rozumiałem.
Lecz został ślad, widomy znak. To coś, co będzie tu na trwałe.
Bo można zburzyć każdy dom i zrównać z ziemią cmentarzyska.
Mogą też ludzie odejść stąd i można zmienić im nazwiska,
ale zostanie po nich COŚ. COŚ więcej niźli nam się zdaje.
To ślad w kulturze, trwały ślad oraz tęsknota za tym krajem.
Za miejscem, które kiedyś, gdzieś. Za Łodzią, która przecież była.
I za kulturą, która jest. Przetrwała wszystko. Zwyciężyła.

© Wojciech Majkowski

Ilustracja 57

Ilustracja 57. Macewy na Cmentarzu Żydowskim w Łodzi, 2017 r., autor zdjęcia: Sławomir Maciaszczyk, publikacja za zgodą autora.

Szczegółowy spis ilustracji wykorzystanych w poemacie, oraz źródła ich pozyskania i przypisane do nich prawa autorskie zawarto w odrębnym dokumencie (patrz przypisany link): Spis ilustracji poematu. Spis ten, w wersji do druku oraz w wersji do pobrania (pdf) stanowi integralną część wydawnictwa.

Część szósta. Robotnicza Łódź. Trzeci ślad utracony po raz drugi. (2)

Ilustracja 52

Ilustracja 52. Tkalnia w Łodzi, 1953 r., autor zdjęcia: AG WAF. Źródło: Piękno Polski Ludowej, Wydawnictwa Komunikacyjne, Warszawa 1952, fot.  nr 211.

Łodzianie. Poemat w ośmiu częściach.

/Odsłona 18 z 22/

Część szósta. Robotnicza Łódź. Trzeci ślad utracony po raz drugi.

Sznyt robotniczy.

Kiedy ostatni padł już strzał. Kiedy się wolność stała faktem.
Zaczęli wracać, w tamten czas. Gdziekolwiek byli, każdym traktem.
Lecz wielu nie wróciło tu. Tutaj, gdzie domy ich zostały.
Bo jeden ostał się ze stu. Jeden ze stu był ocalały.
A w domach nowi ludzie już i obyczaje całkiem nowe,
i nikt nie czeka na nich tu. „Więc dokąd pójść, gdzie złożyć głowę?”

Są jednak, odnajdują się. Też brat, co w Auschwitz był więziony,
więc trzeba żyć, na przekór żyć, choć jidysz już zaprzepaszczony.
To wszystko tak niewinnie wręcz zaczęło się, gdy nowa władza
zaczęła w życie wdrażać plan, by dawną Polskę przeobrażać.
Zanim ostatni zginął ślad, ślad po kulturze łódzkich Żydów,
wszech rozpanoszył się Kraj Rad i wtedy zaszła rzeź Jazydów.
Z bratnią pomocą ruskich rąk, poustawiano wszystkich w szereg,
„A kto nie z nami, Пошол вон!”, a jeśli z AK, kula w czerep.
Na wszystkich spłynął blady strach, tylko nieliczni dali opór.
I tak minęło kilka lat aż zapanował „święty spokój”.
Święty, jak święty jest ten Bóg, ten za którego umierali.
Spokój pozorny, spokój zły, nie ten, na któryśmy czekali.

W fabrykach Łodzi zgodny huk. Już idą tkalnie pełną parą.
I coraz mniej już płacze wdów po tych, co w lasach ukrył parów.
Powstaje nowe, a wraz z nim, nowe do głowy ideały
wtłaczają wszystkim, nawet tym, co czarno widzą „kraj wspaniały”.
Tak, propaganda swoje wie. Wie dobrze komu, czego trzeba.
„Trzeba nam fabryk, domów też i chleba ciągle nam potrzeba.
Kraj odbudować. Rusz się, rusz.” – wołają wszyscy z lewa, z prawa.
I nikt nie szczędzi sił, by znów z gruzów podniosła się Warszawa.
Idą transporty z miasta Łódź cegieł czerwonych jak krwawica,
więc Stare Miasto wstaje znów. W Łodzi znikają kamienice.
Znikają mury fabryk stu, bo cegieł ciągle tam potrzeba,
żeby Warszawę można znów podźwignąć w górę, hen do nieba.
A wszystko nowe, piękne jest i za tym stoją ideały.
„Socjalizm górą, jasna rzecz, ustrój powszechny i wspaniały.”

Tylko gdzieś z tyłu głowy wciąż niepewność rodzi się znajoma.
Jeśli tak dobrze w kraju jest, czemu wciąż łażą nam po domach?
Czemu, co chwilę, znika ktoś? Czemu więzienia pełne ludzi?
Niepewność podpowiada coś i szepce: „Czas by się obudzić!”
Ale nie pora, jeszcze nie. „Kraj się podnosi, z ruin wstaje.
Pierwszomajowy pochód. Wstań! I pozdrawiamy bratnie kraje”

A zza firanek okien strach, spogląda na tych, co Piotrkowską,
z pieśnią na ustach, sławią Rad – Kraj Dobrobytu, pieśnią wzniosłą.
I w oczach tych, co w domach są, co nie stanęli w pierwszej linii,
łza wciąż się kręci, nie wiem skąd, a w głowie żal: „Myśmy są winni?
My, wykształceni, pełni wad? My, bez tradycji robotniczych?
I to ma być ten piękny świat? Świat Kraju Rad, tych robotniczych?”
Trudno pogodzić im się z tym, że oto w kraju rządzi teraz
robotnik rolny, znaczy chłop i ten z fabryki od Geyera.
A nad tym wszystkim pieczę swą daje sekretarz lub komisarz.
I partia, która z ludzi drwi, gdy robotnikiem jest sekretarz.
W mieście, gdzie krosien stukot, huk, gdzie klasa głównie robotnicza,
„Partia i Naród. Z Partią lud.” W takt maszyn hasła ktoś wylicza.
Nowa idea szerzy się, że: „Byt kształtuje nam świadomość.”
I robotniczy miasta sznyt. I propaganda miast wiadomość.

To prawda, w końcu wstaje Łódź, „na bazie oraz podbudowie”.
I nowe domy stają też, w końcu fabryki też – nie powiem,
ale siermiężnie jakoś jest i choć radośnie na ulicach
to jednak w głowie ciągle myśl, że jednak to nie „zagranica”.
Że chyba tam ta wolność jest jakby troszeczkę z innej bajki,
Lecz nie da prosto sprawdzić się. Trzeba zachodu, wsparcia partii.
I jeszcze „chody” trzeba mieć, by paszport dostać i wyjechać.
A wielu jeszcze inną rzecz podpisać musi, gdy bezpieka
zaprosi go na słowa dwa i propozycję złoży dziwną,
że: „Skoro pan wyjechać chce, a nie służbowo, to Ojczyna,
byłaby wdzięczna gdyby pan, donosił nam na kogo trzeba.
I co pan na to, na ten plan?” – Odmawiam jednak. – „O! To bieda!
Więc nie możemy pomóc w tym i paszport u nas tu zostanie,
a pan się prześpij jeszcze z tym. Może pan jutro zmienisz zdanie?”
I wielu łamie się i gra w tę grę odgórnie ustawioną.
Jeden, bo marzył o tym w snach, że w końcu spotkałby się z żoną.
Inny dlatego, że chce żyć wolnością wiary i przekonań,
a jeszcze inny chciały mieć pewność oceny swych dokonań.
Artyści, ptaki wzniosłych sfer, pisarze utalentowani.
A za ich śladem wielu tych, co może jeszcze nie są znani.
Tak, tamta wolność kusi ich. Mami, zaszczyty zapowiada.
I choćby nawet sobie wbrew, niejeden podpis w UB składa.
To nic, że kiedyś będzie żal. Nie widzą tego, w tym zapale,
że kiedy drzwi zatrzasną się. Nie wrócą prędko, może wcale.
Może im kiedyś będzie żal, może im kiedyś będzie tęskno,
ale nie dzisiaj. Wszystko spal i zostaw wszystko. Jedźmy. Prędko!
Ten jeden podpis, żaden fałsz. To tylko gra w czerwone-czarne.
I nawet jeśli będzie żal, czerwone przegra. Zginie marnie.
Przyjdzie im czekać wiele lat, by te marzenia się spełniły.
A ci, co w Polsce będą żyć, zmarnują swe najlepsze siły
na umacnianie PeeReL, jak dumnie partia to określa.
Są pogodzeni? Skądże znów. Toczy się gra. Gra niebezpieczna.
O to by myśleć, wiedzę mieć. O to by krzewić ideały,
że kiedyś to odejdzie precz, że wstanie Polska, kraj wspaniały.
Jednak niewielu gra w tę grę. Niewielu stać na ten wysiłek.
Kiedy „świadomość to nie byt”, a byt zwyczajnie to posiłek.
Ważniejsze bowiem stało się, by przeżyć za coś do pierwszego.
Na nic historii karty te, jeśli brakuje ci wszystkiego.
Tylko w krąg propagandy dość. I z każdej strony hasła wielkie.
A spróbuj takie hasło zdjąć. Zaraz doniesie ktoś, a wszelkie
te wątpliwości co je masz, wybije z głowy ci bezpieka.
A jednak się odważa ktoś. I znika hasło. Ktoś ucieka.
W końcu i władza ma już dość, a gdy na Wschodzie ON umiera,
przychodzi wiosna, a z nią coś. Zaś ten kaganiec, co uwierał
zostaje jakby zdjęty ciut. Może nie całkiem. Jest obroża.
To na wypadek, gdyby znów, LUD się zbuntował, na bezdroża
chciał wyprowadzić się i pójść, i sam się rządzić. Nie ma mowy.
Bo prócz obroży zawsze jest, stary kaganiec. Wciąż gotowy.
W tej grze, my-oni, oni nas, a my zaś ich i gra się toczy,
a najważniejszą rolę gra czas w tej rozgrywce, a nie pocisk.
W końcu ta skała pęknie gdzieś, pod kroplą podda się niechybnie.
I w górę wtedy runie śpiew, z gardeł co zawsze przy Ojczyźnie.
Lecz jeszcze cisza, jeszcze trwa. Wzbierają jeszcze gniewu grona.
A władza sobie jeszcze trwa. Zadowolona. Nieświadoma.

© Wojciech Majkowski

Ilustracja 55

Ilustracja 55. Pochód pierwszomajowy w Łodzi, 1952 r., autor zdjęcia nieznany. Źródło: Z zasobów serwisu Fotopolska.eu.

Szczegółowy spis ilustracji wykorzystanych w poemacie, oraz źródła ich pozyskania i przypisane do nich prawa autorskie zawarto w odrębnym dokumencie (patrz przypisany link): Spis ilustracji poematu. Spis ten, w wersji do druku oraz w wersji do pobrania (pdf) stanowi integralną część wydawnictwa.

Część szósta. Robotnicza Łódź. Trzeci ślad utracony po raz drugi. (1)

Ilustracja 53

Ilustracja 53. Żołnierz rosyjski na Placu Wolności w Łodzi w otoczeniu mieszkańców, 19 stycznia 1945 r., autor zdjęcia: W. Tiomin.

Łodzianie. Poemat w ośmiu częściach.

/Odsłona 17 z 22/

Część szósta. Robotnicza Łódź. Trzeci ślad utracony po raz drugi.

Wolność.

Ze wschodu burza. Idzie grom. Wojsko naciera i wróg pada.
I drży od huku każdy dom. I sąsiad patrzy na sąsiada,
a ulicami z chrzęstem prze kolumna zbrojnych, niosąc gromy
i już okupant uszedł precz. W oknach już sztandar wywieszony
albo też biała chusta tkwi, bo nie miał flagi polskiej wcale,
ale pokazać wszystkim chce, że jeszcze żyje, chce ocaleć.
Środkiem Piotrkowskiej, aż na plac, ciągnie kolumna wojsk rosyjskich,
na jezdni znacząc sobą ślad. Oto już są. Już jest po wszystkim.
I tylko w ludziach jakiś strach, jakaś niepewność gdzieś się błąka,
a ten i ów, z uchem przy drzwiach, wciąż nasłuchuje. Precz beztroska.
Bo wieść się niesie, dziwna wieść, że chodzą , grabią co popadnie,
że nie da się ulicą przejść, bo żołdak głodny cię dopadnie.
Mówią, że tłuszcza, że to dzicz. A bez nich, któżby nas wyzwolił?
A inni mówią, że to mit, że nikt im grabić nie pozwolił.
Że tylko czasem zdarza się, że jakiś żołdak się zapomni.
Zamknięte okna oraz drzwi. Przestrogi jednak wszyscy pomni.
Lecz kiedy mija pierwszy strach, kiedy ustaje zapał boju,
to na Wolności, główny plac, idą łodzianie. Dzień pokoju.
Dzień wyzwolenia. Radość wszem. I wszyscy cieszą się, skandują,
a strach, niesnaski, wszystko w cień, bo z wyzwolenia się radują.

© Wojciech Majkowski

Ilustracja 54

Ilustracja 54. Wojska rosyjskie na Placu Wolności w Łodzi w otoczeniu mieszkańców, 19 stycznia 1945 r., autor zdjęcia nieznany.

Szczegółowy spis ilustracji wykorzystanych w poemacie, oraz źródła ich pozyskania i przypisane do nich prawa autorskie zawarto w odrębnym dokumencie (patrz przypisany link): Spis ilustracji poematu. Spis ten, w wersji do druku oraz w wersji do pobrania (pdf) stanowi integralną część wydawnictwa.

Część piąta. Trzeci ślad utracony po raz pierwszy. (5)

Ilustracja 49

Ilustracja 49. Ghetto Litzmannstadt. Wywózka dzieci z żydowskiego sierocińca na Marysinie do obozu zagłady w Chełmnie nad Nerem (Kulmhof), 1940 r., autor zdjęcia nieznany. Źródło: Stanisław Poznański (oprac.), Walka. Śmierć. Pamięć 1939-1945. W dwudziestą rocznicę powstania w warszawskim getcie 1943-1963, Rada Ochrony Pomników Walki i Męczeństwa, Warszawa 1963 (strony nienumerowane).

Łodzianie. Poemat w ośmiu częściach.

/Odsłona 16 z 22/

Część piąta. Trzeci ślad utracony po raz pierwszy.

Czyje to dziecko?

Czyje to dziecko? Płacze tak. Żadna odpowiedź tu nie padnie.
Tu same dzieci. Jakiś kat zebrał, policzył je dokładnie.
A potem wywiózł je, ot tak. Ze stacji Radegast, z peronu.
Może je mamił, że to fart, że w pięknym mieszkać będą domu?

Ale te tory idą w las. W Chełmnie nad Nerem: „Raus!” z wagonu.
I raz za razem, cały czas, aż wszystkie dzieci wywieziono.
A z nimi starych, chorych też, bo przecież jasne: „Nic tu po nich.
Do pracy nie nadają się. Czas na maszyny miejsca zrobić.”

W Getcie zaś słychać jeno płacz. I jęk okrutny z bezsilności.
Wali się w gruzy cały świat Tych, co zostali. „Bo dorośli?”
„Bo zdrowi są i silni są. I mogą jeszcze nam się przydać.”
Ideologia śmierci wciąż zatacza koło – „Zabić Żyda!”

Czyje to dziecko? Słychać znów. Odwracam głowę, widzę szczęście.
Z tupotem swych maleńkich nóg w ramiona wpada jej nareszcie.
I płacze moje serce też. Ze szczęścia, że tym razem pokój.
Że dziś nie będzie morza łez, bo matka blisko. Stała z boku.

A w głowie nie chce zmieścić się, że właśnie wtedy, tego roku.
Chaim Rumkowski ważył się poprosić o nie. Bez wyroku.
To inne ręce, inny sąd, spisały wyrok w pełnym brzmieniu.
Te same, które wojny trąd na świat zrzuciły w zaślepieniu.

Stoi przed ludem Chaim więc i płacze, serce swe rozdziera.
Mami, że musi „chronić pień” i chociaż nie chce, pójdą. Teraz.
Jaki ogromny to był ból? Jakie uczucie? Niemożliwe!
Mamy je oddać? Tutaj? Już? „Matki, ojcowie, chodźcie bliżej.

Muszę rozłożyć ręce swe i błagać byście je oddali
Ojcowie, matki, dajcie je. Ja muszę choćby pień ocalić.”
Ktoś, chyba Jahwe, zrobił cud. Każdemu w serce włożył kamień.
I się zgodzili. Wówczas Bóg dał im na wieki świętą pamięć.

Pamięta każdy, kto tam był. Pamięta cały świat żydowski.
Pamiętaj także o tym Ty. Ty, który czytasz, choć żeś z Polski.
Bo pamięć, która w drzewie jest w najmniejszą gałąź się rozwinie.
Z gałęzi owoc wyda tej, gdy drzewo przetrwa. Gdy nie zginie.

© Wojciech Majkowski

Ilustracja 50

Ilustracja 50. Ulica Wolborska 20 – Zburzona Synagoga Alte Szil (Altshtot), Łódź, 1939/40 r., autor zdjęcia: H. Ross.

Ilustracja 51

Ilustracja 51. Mężczyzna wynoszący Torę z ruin synagogi na ul. Wolborskiej 20, Łódź, 1939/40 r., autor zdjęcia: H. Ross.

Szczegółowy spis ilustracji wykorzystanych w poemacie, oraz źródła ich pozyskania i przypisane do nich prawa autorskie zawarto w odrębnym dokumencie (patrz przypisany link): Spis ilustracji poematu. Spis ten, w wersji do druku oraz w wersji do pobrania (pdf) stanowi integralną część wydawnictwa.

Studnia

Studnia

W odpowiedzi Dorocie Brylskiej na jej wiersz „Motyle” z tomiku „Życie odmienione przez przypadki”.

W tę studnię spoglądali razem,
a młodość brała ich za ręce.
Jednak jedynym w niej obrazem
był skrawek nieba. I nic więcej.

Ich twarze ciemność skryła w sobie,
bo tafla hen, daleko w głębi.
Jedynie kontur łączył obie
postaci, które przy krawędzi.

Jeszcze nie wiedzą, że w tej studni
wody nie będzie aż po wręby
i echo nigdy nie zadudni.
Nie znajdzie też odbicia księżyc.

Ta miłość, jakże kolorowa.
Wody ze źródła tak niesyta.
Stanie się szara, betonowa,
bo każde będzie piasek sypać.

Piach ją zasypie, z łez rozpaczy.
Tak suchych jak pustyni tchnienie.
I chociaż mogło być inaczej,
wybrali takie zakończenie.

Staną u studni. Tak jak wtedy.
Każde uchwyci piasek w dłonie
nie zrozumiawszy słów Wenedy,
lecz zrozumiawszy, że to koniec.

Bydgoszcz, 24 kwietnia 2018 r.,

© Wojciech Majkowski

PióroMilton Ha

Na zdjęciu załączonym do posta, skan wiersza Doroty Brylskiej zatytułowanego „Motyle” z tomiku „Życie odmienione przez przypadki”.

Skan_20180423 (5)